Do widzenia, do jutra

Jej już tutaj nie ma. Ona odeszła w dzień matki, w jej dzień. Połączyła nas data porodu, miesiąc i rok wydania na świat naszych dzieci. Co wiem o Niej? Niewiele, tyle ile napisała o sobie. I tyle ile dowiedziałam się przez te niemal 7 lat, choć nie, 7 lat byłoby we wrześniu…

Ona była silna, bywała bezkompromisowa i ostra. Są ludzie, których łatwo lubić, którzy ostrożnie przekazują swoje zdanie lub przemilczają je. Ona taka nie była, potrafiła walić prosto z mostu. Czasami aż za mocno, czasami aż zabolało. Nie powiem, że nie zdarzyło się, że w myślach mówiłam sobie, że mam jej dość. Ale to ona potrafiła ustawić mnie. I wiecie co, wiedziałam, że gdybym potrzebowała pomocy, to bym ja od niej dostała. Bo Ona taka była, życiowa, ale z sercem otwartym na drugiego człowieka.

Osobiście spotkałam ją raz, tuż po operacji jej starszego dziecka. Taka silna przy tym maluszku z cewnikiem i opatrunkami. I pamiętam jak ono się urodziło, gdy okazało się, że nie wszystko jet tak idealnie jak miało być. A ona zacisnęła zęby i walczyła, znalazła specjalistów, szukała sposobów. Ostatnio pisała, że już ok, że wszystko co trzeba było zrobiła. Ostatnio czekała na pierwsze kroki swojego drugiego synka.

Siedzę i piję herbatę z kubka od Niej i łzy płyną z moich oczu. Nie dobrze, słona herbata nie jest zbyt smaczna. Z tym kubkiem to śmieszna historia, Ona pomagała w przeprowadzaniu aukcji, z których pieniądze przeznaczone były na operację serca dla ciężko chorej dziewczynki. Kupiłam jakieś drobiazgi, nic nie powiedziałam, że to ja, a ona podczas pakowania paczki rozpoznała moje dane i dołożyła mi kilka rzeczy do domu. To było tuż po naszej przeprowadzce, ja w dość nieciekawym stanie psychicznym, brak wielu sprzętów, a tutaj przychodzi przesyłka, a w niej między innymi dwa kubki i kartka „Wszystkiego najlepszego w nowym miejscu”. Boże, taki drobiazg, a jakby ktoś rzucił mi linę, bym wylazła z mojego dołu. Jeden kubek zginął, zapewne rozbity, drugi, wyszczerbiony, od dawna jest tym na gorsze dni.

Jej już tutaj nie ma, osobiście myślę, że gdziekolwiek jest, to już jej nie dotyczą ból i smutki tego świata, ale rodzice, dzieci, mąż zostali tutaj, nagle osieroceni, nagle ogołoceni z jej obecności, w bólu, tęsknocie. Mam nadzieję, że odnajdą siłę, a czas załagodzi ból, mimo iż wiem, że nie uleczy ran.

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano | 1 komentarz

Fanatycznie nie cierpię cyckowego fanatyzmu

Jako osoba interesująca się szczepieniami, a właściwie walcząca z ich niedostosowaniem do indywidualnych przypadków, stykam się także z kampaniami dotyczącymi naturalnego karmienia piersią. I odzywają się we mnie wspomnienia.

Jak już wspominałam, urodziłam dwoje dzieci, obydwu synów siłami natury, choć w przypadku pierwszego raczej napędem kroplówkowym, i zetknęłam się z całym tym cyrkiem zwanym „szpitalem przyjaznym dziecku”. Dlaczego cyrkiem? Bo inaczej nie można nazwać tego co się tam działo. Mój syn nie umiał się ładnie przyssać, na dodatek pokarm pojawił się u mnie dość późno, w wyniku czego byłam pogryziona, a on osłabiony. Na moje nieśmiałe zwracanie uwagi, że coś jest nie tak, słyszałam, że mam idealne piersi do karmienia dziecka, a przystawiania dziecka uparcie uczono mnie, gdy siedziałam na twardym krześle, co ze szwami wiadomo gdzie, po 40 godzinach akcji porodowej (plus 9 wywoływania) było męką okropną. W końcu obchód raczył mnie poinformować, że moje dziecko ma bardzo niski cukier, niemal oskarżycielskim tonem, bo to przecież moja wina. Potem nastąpiło zastraszenie kroplówką dla dziecka i pierwszy promyk słońca pod postacią położnej, która przekonała lekarza, żeby dziecko dokarmić. Co 2-3 godziny przez 30 minut dawałam małemu cycka, po to by dostać później butlę. Dziecko odżyło, ja psychicznie też, co wpłynęło na pojawienie się mleka i zapewne byłoby naprawdę fajnie, mimo początku, gdyby nie ciąg dalszy moich perypetii szpitalnych. Zgodnie z wytycznymi zgłosiłam się po ostatnią butlę rano, tuż po zmianie pielęgniarek i trafiłam na kogoś, kto naprawdę nie wiem po co się tam znajdował. Na moją prośbę o mleko i wyjaśnienie, po co przyszłam, zostałam ochrzaniona od góry do dołu, musiałam wysłuchać jaka to ze mnie zła matka, bo chcę dokarmić dziecko, jaką mu krzywdę robię, jak się na niczym nie znam, zostałam złapana za pierś a następnie mój sutek został mocno zgnieciony, by ukazać mi, że mam pokarm (szkoda, że nic się nie pokazało). Wychodząc usłyszałam jeszcze, że to przez takie jak ja szpital może utracić swój wspaniały status przyjaznego kamieniu cyckiem. Wróciłam do sali roztrzęsiona, znerwicowana i w złym stanie. Ze szpitala uciekłam jak tylko wyniki dziecka na to pozwoliły, przy wsparciu pediatry, która widziała mój stan. Dzisiaj zapewne zrobiłabym piekło, wysyczała babie co sobie może zrobić i nasmarowała skargę, ale wtedy byłam młodą kobietą po pierwszym, trudnym i długim porodzie, fobikiem społecznym zamkniętym w szpitalu na ponad dwa tygodnie.

Po powrocie do domu nie było lepiej, pokarmu było ile było, jak wiadomo mleko nie bierze się z cycka, tylko swój początek ma w głowie, a moja głowa napakowana była czarnymi myślami. Nie pomagał fakt, ze starszy z moich synów nie znosił przytulania, musiał mieć swobodę. Przez miesiąc męczyłam siebie i dziecko, to ‚wspaniałe’ doświadczenie było torturą i tak je wspominam. Po miesiącu zrezygnowałam z karmienia piersią jako jedynej formy dostarczania pożywienia mojemu potomkowi i podawałam mu butlę. Niestety moje dziecko wolało męczyć się z cyckami matki, co podobno jest niezbyt częste, niż zaczerpnąć pokarmu z butli. Były więc walki z cyklu „nadal jestem głodny a tam pusto, a butli do buzi nie wezmę”. I kolejne dwa miesiące raju, z próbą napędzenia laktacji zgodnie z radami poradni laktacyjnej. Gdy mały miał 3 miesiące, uznałam, ze nie ma to sensu. I od tej chwili zaczyna się ta niemal sielankowa część macierzyństwa. Wreszcie byłam blisko mojego dziecka, on był zadowolony, przybierał na wadze, z czym przedtem bywało różnie, wprawdzie zaliczał się do niejadków, ale i tak było dużo lepiej niż wcześniej.

Gdy starszak miał 20 miesięcy urodziłam drugiego syna. W innym szpitalu, gdzie zaraz po porodzie przyszła na moją prośbę położna, która pokazała mi jak przystawiać małego, zobaczyła jak on ssie, wysłuchała, dała kilka porad i kazała się zawołać, jeśli cokolwiek będzie nie tak. Dodatkowo dowiedziałam się, że o ile karmienie piersią jest najlepszym sposobem odżywiania malucha, a wszelkie problemy da się pokonać wspólnie i przy pomocy personelu, to jest to moja decyzja jak żywię dziecko. Dziecko było stworzone do cycka, przyssało się cudownie, nie znęcało się nad sutkami, a moje piersi produkowały pokarm jak trzeba. 2 dni w szpitalu były miłe i nawet problemy nie działały frustrująco. Mały miał refluks, który zapewniał nam atrakcje w postaci nagłego wytrysku pokarmu przez usta i nos, po czym pojawiało się beknięcie i dziecię z błogim wyrazem twarzy zasypiało. Ale nie dane mi było karmić go naturalnie, wcześniej zafundowane mi doświadczenia wpłynęły na moja psychikę. Bo tak naprawdę nawet gdy nie karmiłam już piersią starszaka musiałam nadal mierzyć się z oskarżeniami, że jak mogę, przecież to cycek jest najlepszy, nie jestem dobrą matką. Ciągłe wpędzanie w poczucie winy, ciągłe wyrzuty, ciągły cyckowy fanatyzm. I skutek, czyli męka podczas karmienia drugiego dziecka. Wytrzymywałam około 5 minut, potem zaczynało mną trząść, chciałam oderwać ssaka od piersi, odłożyć go do łóżeczka i uciec. Po 10 minutach w oczach miałam łzy. Nie zafundowałam nam kolejnych miesięcy traumy, karmiłam do momentu gdy moja psychika mi dawała, a potem spokojnie wkładałam do paszczy butlę. Przez 3 miesiące moje dziecko dostawało na zmianę naturalny i sztuczny pokarm, potem powoli zmniejszałam ilość cycań dziennie, aż całkiem z nich zrezygnowałam. Spokojnie, już bez poczucia, że robię mu krzywdę, nauczyłam się puszczać mimo uszu komentarze o tym co ze mnie za matka. Oczywiście wielokrotnie słyszałam jaką krzywdę im robię, jak bardzo będą mi chorować
(do chwili pójścia do przedszkola obaj chorowali mniej od większości znanych mi ich rówieśników), jak ich utuczę (nie udało się, 25 i 50 centyl osiągnięty obecnie, wcześniej 3 i 25), jak to im zęby się szybko popsują(starszemu mleczaki zaczęły się właśnie kruszyć, ale nadal próchnica w ich wypadku to zjawisko mit). Żałuję jednego, że dałam się wkręcić w to cholerne poczucie winy, że nie umiałam się postawić, że nie potrafiłam znaleźć osoby kompetentnej i uzyskać pomocy.

I dlatego szlag mnie trafia na fanatyczne mamuśki, położne i lekarzy, którzy w swoim zafascynowaniu cyckiem i jego produktem oraz ich oddziaływaniem na dziecko zapominają o tym, że piersi nie są jakąś autonomiczną formą życia, przypadkowo dołączoną do kobiety, tylko jej częścią, że matka też jest ważna, że mleko modyfikowane, mimo iż nie jest tak doskonale i dobre jak mleko mamy, nadal jest pokarmem nie szkodzącym dziecku i je odżywiającym. Mamy prawo nie lubić karmić piersią, odczuwać dyskomfort podczas tego, możemy nie być w stanie karmić dziecka w ten sposób i naprawdę nie potrzeba nam wtedy słuchania o cholernych szpitalach przyjaznych dziecku, o krzywdzie którą mu wyrządzamy, wolałybyśmy wtedy dostać wsparcie, pomoc w karmieniu naturalnym, a gdy jednak się nie uda to bez fochów i obraz uzyskać pomoc w doborze mleka, smoczka i w sposobie utrzymania bliskości z dzieckiem w chwili, gdy ciepły i naturalny sutek musimy zastąpić gumową namiastką.

A teraz podsumuję. Tak, mleko produkowane przez kobietę jest najlepszym pokarmem dla jej młodych. Tak, mleko modyfikowane jest jego namiastką i gorszym wyborem. Nie, karmienie butelką nie oznacza, że robisz dziecku krzywdę, że jesteś złą matką. Nie, fanatyczne zmuszanie matki do którejkolwiek z tych dwóch form karmienia nie jest ok. Nie, karmienie piersią nie musi być czymś, co sprawi, że zapewnisz swojemu dziecku poczucie bliskości. Tak, powinnaś spróbować karmić piersią i nie poddawać się na samym początku, warto zawalczyć, ale Nie, nie musisz wykańczać się psychicznie, jeśli nie jesteś w stanie tego znieść. Nie, to że matka daje butelkę nie oznacza, że jest leniwa, lub ma na względzie wygląd swoich piersi. I po ostatnie, nie pozwól by ktoś wmawiał Ci, że jesteś złą matką, bo wybrałaś inny styl karmienia niż on preferuje. Nie, nie masz prawa wpędzać matki w poczucie winy, gdy zamiast cycka podaje butelkę z dostosowanym do malucha pokarmem. Tak, karmienie piersią jest tańsze, zdrowsze i wymaga mniej zabiegów przygotowujących. Nie, nawet jeśli zostałabym matką biologiczną ponownie (co z powodów zdrowotnych uznaję za niemożliwe), nie walczyłabym o naturalne karmienie z całych sił, jeśli tym razem udałoby się to super, jeśli pojawiłyby się oznaki, że moja psychika ma dość, to żegnaj cycku, witaj butelko.

 

P.S. Mój poród nie należał do miłych, pamiętam ból i całą otoczkę, ale mówienie o tym przychodzi mi bez trudu (wg niektórych nawet za łatwo) i nie wywołuje przewrotów żołądka. Za to okres karmienia piersią do dziś nacechowany jest negatywnymi emocjami, wspominanie go jest nieprzyjemne i sprawia, że coś we mnie pęka. Dziękuję opiece poporodowej w miejscu mojego pierwszego porodu, w szpitalu tak bardzo przyjaznym dziecku, zyskałam traumę do końca życia. A następna pielęgniarka, która złapie mnie za pierś bez wcześniejszego zapytania o pozwolenie dostane z pięści, łokcia lub kolana, w zależności od tego, który staw będzie akurat działał sprawnie. Ewentualnie użyję laski.

Opublikowano Rn | Otagowano , , , , | 105 komentarzy

Zmiany, zmiany, zmiany

No i zostałam blogowo sama. Jakbym od dawna nie była. I w domu zmiany. Jest nas o jedna sztukę mniej, został samiec i dzieci i ja. Mogłabym wylewać żale, ale po co? Zamykam dział, na razie porządnie, choć chęć zabicia tych drzwi gwoździami bardzo nęci. No nic, nerwy miną, a teraz mam przed sobą nowe wyzwania, sporo do naprawienia. Szkoda tylko, że tyle dobrych wspomnień ma teraz nutę goryczy.

Poprzedni wpis był o związku. Słodki, choć w życiu moim nieco bardziej gorzko. Nasze małżeństwo nie radziło sobie z narastającym napięciem, z poczuciem obcości. Moja w tym wina, nie umiałam postawić się stanowczo, usiłowałam upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, nalegałam, by odpuścić, dawać szansę innym, a nie nam. Bo my sobie poradzimy. I sobie nie radziliśmy. I teraz musimy na powrót odbudować łącząca nas więź. Dzisiaj nasza 8 rocznica. Różnie bywało, ale nadal jesteśmy razem, przy sobie, za sobą, nie przeciwko sobie. Miłość ewoluuje, z tej wariackiej, zamotylkowanej, do dojrzałej, spokojnej, przyprawionej rutyną. Do tej najlepszej. Trzymajcie kciuki za następne 8 lat, albo i 80…

Rn

Opublikowano Rn | 1 komentarz

Czasami mnie tak bierze na nagłe przemyślenia…

Czyli o związku w związku z rocznicą legalizacji związku.

No i stuknie nam zaraz 8 lat trwania w związku małżeńskim zwanym cywilnym. Trwamy sobie czasami spokojnie, czasami wybuchowo, a zazwyczaj ot tak, zwyczajnie. I tak z roku na rok coraz bardziej dochodzę do wniosku, że domyślam się recepty na udany związek. Wystarczy wyhodować sobie drugą osobowość i ją polubić, albo wręcz odwrotnie, dobrze by obie nie miały o sobie pojęcia. W każdym bądź razie, niewielkie zaburzenie daje nam szansę na idylliczny układ. W innym przypadku nic z tego.

No bo jak ma być idealnie z człowiekiem odmiennym od Ciebie, zazwyczaj mającym własne, denerwujące od czasu do czasu, zdanie, lub o zgrozo, nie mającym go wcale, co może doprowadzić na dłuższą metę na skraj załamania nerwowego.

No i to słodkie ‚kocham Cię”, co to w ogóle ma być? Na początku znaczy to „przeniosę dla Ciebie góry, by w pewnym momencie zahaczyć o „zdejmę nogę z gazu jak wyleziesz mi pod koła na ulicy”. Względne jak cholera. O, albo to obrzydliwe ‚o czym myślisz”. Nie wiem jak u Was, ale mój Samiec Dominujący zatruwał mi tym życie przez pierwsze pół roku bycia razem. Spokojnie, z czasem pytanie zanika, a na jego miejsce potrafi pojawić się głębokie przeświadczenie, że Ty w ogóle nie myślisz.

Ale to dopiero po latach, kilku niezłych awanturach i wrednościach pojawiają się prawdziwe wyznania miłości. Bo czym jest „kocham cię” w porównaniu do zmycia za Ciebie naczyń, do położenia dzieci żebyś miała czas dla siebie. Do wytrzymania z Tobą w czasie odpowiedzi na wszelkie pytania brzmiących ‚BO TAK!” i podpartych lecącym kubkiem, by zaraz zmienić się w potok łez. Niczym, zbitkiem głosek.

Podsumowując, jesteśmy razem, nadal żywi oboje, nadal rozmawiamy, znamy się lepiej, kłócimy ogniściej, godzimy… Godzimy odpowiednio. Komplementujemy się poddając w wątpliwość swoją wiedzę i zdolności, emigrujemy do osobnych łóżek w ramach odpoczynku od smarkania, chrapania i kaszlu, po to by po wyzdrowieniu wrócić do siebie. Jakoś się trzymamy i przynajmniej mnie jest z tym i w tym dobrze. Choć bądźmy szczerzy, związek z facetem łatwy nie jest, bo faceci są jacyś dziwni ;-).

 

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , | Skomentuj

Kuchennie przez pryzmat choroby

- Mamusiu, co to jest ten glutem?
- Gluten kochanie. To jest coś co mamusia ma zamiar wyeliminować lub przynajmniej bardzo ograniczyć w naszej diecie.
- Aha.

Pod tym aha kryje się zapewne „czy mi się to podoba”, „gluten nie brzmi jak czekolada” oraz „czy to znaczy, że mogę grać?”. Nie zmienia to faktu, że wkroczyłam na ścieżkę powolnego i mozolnego przestawiania mojej trzódki na produkty bezglutenowe. Moje szczęście polega na tym, że nie muszę być mega restrykcyjna przy tym, latać szukając produktów z odpowiednim oznaczeniem, a zjedzenie kromki zwykłego chleba nie skończy się katastrofą. Nie mam nietolerancji glutenu, moje potomstwo, samiec i Umlautowa także nie; kieruję się tym co wyczytałam i czego udało mi się dowiedzieć na temat mojej choroby. Przeprowadzone badania wykazały, że stosowanie diety bezglutenowej u chorych na RZS zmniejsza objawy oraz prawdopodobieństwo zaostrzenia choroby. Dla mnie oznacza to, że powinnam poważnie rozważyć zmianę żywienia, co właśnie uczyniłam. A dlaczego zamierzam torturować także dzieci? Nie, nie dlatego, że jestem leniwa i nie chce mi się gotować kilku obiadów. Podejrzewa się, że nadwrażliwość na gluten może być jednym z czynników wywołujących RZS; podobnie jak w przypadku cukrzycy. A moje potwory zostały obdarzone przez przodków obciążeniem tymi obiema chorobami. Dlatego zaprzyjaźniam się z przepisami oraz poradami dla osób chorych na celiakię.

I co mi z tego wychodzi? No cóż, 6 w totka by się przydała, bo tanio nie będzie. Ale za to moje dotychczasowe eksperymenty są całkiem smaczne. Placki po węgiersku zachwyciły, a racuchy były wyjątkowo pyszne. Internet podpowiedział mi jak mogę sama uzyskać mąkę gryczaną, oraz daje możliwość nabycia produktów taniej niż w sklepach stacjonarnych. Jednocześnie zrodziła się we mnie głęboka wdzięczność do losu za nieutrudnienie życia poprzez dodanie kolejnej alergii do listy. Głupie truskawki potrafią wymóc na człowieku wspięcie się na szczyty cierpliwości i kreatywności, a co dopiero pszenica, żyto, jęczmień i owies (z powodu jego zanieczyszczenia innymi zbożami). To nie tylko chleb, makaron, ciastka, to każdy produkt, który może mieć styczność z glutenem. Nawet w domu trzeba uważać, bo zanieczyszczenie może znajdować się na desce do krojenia, łyżce czy tosterze. A leki? Ja latałam od apteki do apteki za syropem bez truskawek, a co ma powiedzieć rodzic chorego na celiakie, skoro nawet lekarze i farmaceuci czasem nie są pewni czy dany lek się nadaje. No i wytłumacz dziecku, że nie może czegoś, dopilnuj, żeby nie zjadł. To nie jest proste.

Wracając do mojego kucharzenia. Jak na razie zastępuję mąkę pszenną gryczaną i ziemniaczaną. Chleba bezglutenowego nie produkuję, zostawiam tę atrakcję Samcowi Dominującemu jako naczelnemu piekarzowi naszej chatki. Wyroby cukiernicze to działka Umlautowej, ale nie wiem czy uda mi się ją namówić na eksperymenty. Oswajam nowości i dużo czytam. A na koniec wstawiam zdjęcie dzisiejszych racuchów.

Rn

* Informacje zaczerpnęłam między innymi z:

http://www.mojealergie.pl


http://www.naturalnews.com


http://forum.celiakia.pl/
Opublikowano Rn | Otagowano , , , , , | 4 komentarzy

Ta wredna jędza!

Czyli mój samochód mnie nienawidzi.

Ta, niby wiem, że samochód to coś nieożywionego, beznamiętnego i bezdusznego, ale jak inaczej mam tłumaczyć jej zachowanie? Jeżeli coś może się zepsuć to się zepsuje, i to najlepiej wtedy, gdy ją prowadzę, lub gdy nieco wcześniej w jej obecności wspominałam o planach, w których powinna uczestniczyć. Zadziwia swoją elokwencją wszystkich, nikt nie rozumie jakim cudem samochód w tak dobrym stanie wywija takie numery. Jeśli na drodze znajdzie się gwóźdź, to ona go odnajdzie, bylebym tylko musiała się potem męczyć. Przy mnie jej radio przestaje odbierać cokolwiek, gdy wsiada za kierownicę samiec dominujący to natychmiast słychać muzykę. Jak ja mam to nazwać, jak nie dojmującą i wypływającą każdym zaworem niechęć do mnie? Uwzięła się durna baba i nie ma jak jej przetłumaczyć, że jej gabaryty sprawiają, że jest tak zwanym autem kobiecym i to kobieta powinna być jej kierowcą. Ona zwyczajnie woli facetów. Może powinnam znaleźć mechanika kobietę? Mogłoby to się Zuli nie spodobać i uznałaby, że psucie się jej już nie pociąga.

Jak na razie nasze dialogi wymagają zatykania uszu dzieciom, ona mi piszczy ja jej od wariatek, ona warczy ja jej każę ryja zamknąć (maskę ma zamkniętą więc trochę się gubię), ona odmawia zapalenia ja grożę podpaleniem. Przed dalszymi wycieczkami odczuwam lęk, odzywają się wszelkie nerwice i organizm wyłącza funkcje sprawnego poruszania się. I nie, nie chodzi o to, że ona znowu stanie w miejscu i odmówi dalszej jazdy o własnych siłach, ale raczej o to, że jak to zrobi to wyjdę, wyjmę klucz do opon i porozbijam jej wszystko co dam radę. Wiadomo już czemu nie mam ochoty wozić ze sobą saperki, pewnie bym ją jeszcze zakopać usiłowała, żeby mi z oczu zeszła.

I powiedzcie mi za co ona mnie tak nienawidzi? Czy to ja pobrudziłam jej tapicerkę sosem duńskim? Nie, to samiec dominujący. Czy to ja załatwiłam jej zawieszenie? Nie to Zmrozinek. Ja byłam miła, delikatna, mówiłam do niej czule, nazywałam dziewczynką i skarbem, nawet jej do kluczyków imienny breloczek zrobiłam. I co z tego mam? Musiałam trafić na niewdzięczną, wredną babę, którą najwyżej mogę sprzedać, bo teraz, gdy połowa jej części jest nowa, nie opłaca się jej rozbijać, podpalać, topić ani robić z nią innych rzeczy, które by ulżyły mojemu duchowi. Już nie wierzę, że się nawróci, dlatego możecie spodziewać się następnych tekstów o tej jędzy Zuli, noszącej zaszczytne miano Volkswagena Polo.

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , , , , | Skomentuj

Tępa Dzida

Zostałam określona mianem tępej dzidy. Trochę mi szkoda, że nie tępej włóczni, byłoby bardziej zgodne z hobby samca dominującego. Ale samo określenie całkiem mi się podoba, myślę, że pasuje do mojej osoby, a dodatkowo, jak mówi moja lepsza połowa, włócznie można ostrzyć, więc jest dla mnie nadzieja.

Poza tym trochę zrobiło mi się przykro, że umiejętność czytania ze zrozumieniem nie jest tak rozpowszechniona, jak się wydaje, ale zostałam oświecona, że to raczej chodzi o odmianę lenistwa, która nie pozwala na wysiłek większy, niż przeczytanie krótkiego opisu.

Dowiedziałam się o sobie ciekawych rzeczy, czasami zaskakujących, i doszłam do wniosku, że są osoby, które na podstawie jednego wersu tworzą sobie obraz osoby piszącej, całkowicie pomijający zawarte dalej informacje. Zastanawia mnie, czy oprócz strony poglądowo-intelektualnej ten obraz obejmuje fizyczność. Strasznie mnie ciekawi jaka ona jest, czy jestem wychudzoną brunetką o wzroście koszykarki, drobną blondynką, czy może grubą i niską szatynką z brodawką na nosie.

Ucieszyło mnie, że mogłam uczestniczyć w leczeniu kompleksów osób, których niezwykle konstruktywne uwagi wnosiły tak wiele do dyskusji. No bo czyż stwierdzenie „kolejna nawiedzona wariatka” nie wyjaśnia wszystkiego?

A teraz przyjemniejsza część.

Dziękuję bardzo wszystkim, którzy potrafili spokojnie przedstawić swoje stanowisko i je uzasadnić, wymieniać się uwagami, swarzyć i nie zgadzać, z zachowaniem szacunku dla pozostałych komentujących. Przeczytałam opinię osób nie zgadzających się z moim zdaniem, ich argumenty, nadal część z nich tkwi w mojej głowie i zastanawiam się nad nimi. Nie mówię, że zmieniam zdanie, ale zyskałam perspektywę. Osobom proponującym mi pomoc bardzo dziękuję i mam cichutką nadzieję,że nie będzie potrzeby abym ja, lub ktokolwiek inny musiał z niej korzystać. Podzielającym mój punkt widzenia dziękuję za wsparcie i mam nadzieję, że świadomość, że są inni w podobnej sytuacji podnosi Was na duchu.

P.S. Do tych, którzy po przeczytaniu tego tekstu uważają mnie za złą matkę. Jeżeli złe matki zastanawiają się nad tym, co dobre dla ich dzieci, szukają rozwiązań i informacji oraz podejmują trudne decyzje, są gotowe walczyć za to w co wierzą, ale nie w bezmyślnie fanatyczny sposób, wysłuchują, myślą, dbają o swoje potomstwo, uczą je samodzielności i kochają je, to tak, jestem okropną matką. I oby takich było jak najwięcej, bez względu na to czy szczepią, nie szczepią, chodzą do kościoła, czy do meczetu, nie mają telewizora i gier komputerowych, są białe, czarne czy różowo-koperkowe.

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , | 1 komentarz

Rn w szkole

Nie, nie postanowiłam wypełnić luki w moim wykształceniu, lub zmienić literki przed swoim nazwiskiem, te trzy które mam mi wystarczą, ładnie się prezentują z wyrazem „bezrobotna”. Zaczęłam za to odbierać swe dziecię wraz z jego kolegą z klasy wyższej. Pierwsze podejście. Z moim starszakiem wszystko super, postawa Pani, gdy dziecię podbiegło do starszego brata, świetna, nie mam co się martwić, że mi ktoś potomka zwinie. Czas na dziecko nr 2, klasa 1 już skończyła zajęcia, dziecię powinno znajdować się na świetlicy. Ale go nie ma. Zabawniej, nikt nie wie gdzie może być, wprawdzie dzieci odnotowały obecność jakiejś nauczycielki zabierającej go, ale opiekunka już nie. No dobra, zginąć nie zginął, ale trochę szlag człowieka trafia. Oczywiście najlepiej poinformowana i pomocna jest pani woźna, ale i ona wszystkiego wiedzieć nie może. W końcu kolega się odnajduje, powraca radosny z zajęć logopedycznych. Super, dobra, zdarza się, ja wiele rozumiem. Podejście drugie. Mój idealnie, odbieram z religii, katechetka bardzo miła kobieta, z fajnym podejściem do dzieci, pani pomagająca jej także. A z przyjacielem syna znowu problem. Na świetlicy go nie ma, podobno ma dodatkowe zajęcia z matematyki. No dobra, miały zacząć się za tydzień, trudno, dziś go z nich zwolnię. Ale ale, nie będzie różowo, raczej nieco czerwono przed oczyma. W zerówce tych zajęć nie ma, bo jest religia, więc muszą być w innej sali. Tylko, że nikt nie wie w jakiej, bo to zajęcia finansowane przez Unię, więc nie obchodzi to nauczycielki świetlicy gdzie się odbywają. Właściwie to nikt nie wie, muszę szukać po salach na własną rękę. Woźna podpowiada, które sale powinny być o tej porze wolne, niestety dziecka poszukiwanego w nich brak. Ostatnią pomoc otrzymuję po odebrania przynależnego mi potomka od Pani będącej dodatkowo z zerówką, która proponuje poszukać w sali klasy 3, pojedynczej wobec czego chodzącej wyłącznie na rano, co sprawia, że o tej godzinie sala powinna być pusta. I bingo, odnaleziony, zabrany, zapakowany i dostarczony na miejsce, po czym mogę jechać odbierać resztę towarzystwa.

Zębami zgrzytam, dusza pluje jadem, bo jak to możliwe, ze dziecko znika, gdzieś poszło, ale ja nie wiem gdzie właściwie. A jakby nie poszedł na zajęcia logopedyczne, tylko podpalić szkołę? No dobra dramatyzuję, ale jednak. Pierwsze poszukiwania były skierowane do toalety. No ale zaraz zaraz, skoro on był na zajęciach i nikt się nie zainteresował, to równie dobrze mógł poleźć do tej toalety, zasłabnąć i leżeć czekając na zabłąkanego właściciela słabego pęcherza. To jest do diabła 6-letnie dziecko, jak go nie widać na sali 20 minut to może czas się zaniepokoić?

No i stwierdzenie „to są zajęcia z Unii, a nie od nas, więc ja nie wiem gdzie się odbywają”. No cholera jasna! A co mnie obchodzi kto je finansuje, odbywają się na terenie szkoły w salach szkoły i dziecko udaje się na nie ze szkolnej świetlicy, spod „skrzydeł” opiekunki, więc może by ta opiekunka choćby miała pojęcie w którą stronę idzie? A już brak wsparcia dla rodzica szukającego takiego dziecka to farsa. A łaź sobie, pukaj po drzwiach, przeszkadzaj innym, ważne, że moja kawa nie ostygnie.

Ponowne narażenie się szkoły. Zaczęło się wcześniej, gdy okazało się, że uzyskanie informacji jest naprawdę sporym wyzwaniem. Strona internetowa mówi swoje, facebookowa swoje, wychowawczyni zdziwiona, bo nie wie nic o zmianach, sekretariat coś słyszał, ale właściwie to nie wie, osoba najbardziej zaangażowana podzieliła się swoimi informacjami, a i tak okazało się, że jest coś pośrodku. Ogarnijcie się ludzie wreszcie!!!!

Są też dobre strony, ale obecnie na fali wkurzenia nie mam ochoty ich szukać. Zobaczymy co będzie dalej.

Rn

P.S. Oczyma wyobraźni widzę sytuację „ojej, zgubiliśmy Pani dziecko, ale proszę się nie martwić, tu jest ich dużo, niech sobie Pani wybierze inne”.

Opublikowano Rn | Otagowano , , , , | 1 komentarz

Kilka słów o mądrości.

Zapewne zauważyliście, że uważam się za osobę głupią. Nie bardzo, szczytów w tej dziedzinie nie osiągam, ale mądrości mi brak. Nie twierdzę, że nie jestem inteligentna, kiedyś nawet testowano tę stronę mojej natury i udało mi się przeskoczyć poprzeczkę normy o kilka punktów, ale inteligencja i mądrość nie idą w parze. Są ze sobą związane, bowiem mądrość to umiejętność wykorzystania danej nam inteligencji. I dlatego w swojej pracy spotkałam mądrych ludzi, którzy określani byli jako niepełnosprawni umysłowo w stopniu umiarkowanym. Spotkałam także osobę określaną przez zafascynowaną rodzinę jako niezwykle mądrą i nie zaprzeczę, że jego iloraz inteligencji był wysoki, jednak nie przekładało się to na mądrość. Może jestem uprzedzona, nie trudno być, gdy ktoś usiłuje wdeptać Cię w ziemię, bo Twoje poglądy są głupie, Twoja płeć determinuje Cię do rodzenia dzieci i podkładania obiadu pod nos mężowi, a Twoja religijność, a raczej jej brak, zasługuje na natychmiastowe spalenie na stosie. Przynajmniej nie byłam osamotniona, 90% populacji było do niczego, bo nie da się porównać pospólstwa do jaśnie wielmożnego pana. Może powinnam w ramach akcji wychowawczej pójść do przeznaczonego mi pomieszczenia, wziąć z niego patelnię i wybić durne pomysły z głowy, ale trudno to zrobić, gdy człowiek z całych sił stara się powstrzymać chęć parsknięcia śmiechem. I nie chodzi tu o to, że poglądy pana były tak diametralnie różne od moich, jego sprawa, ale ta pewność że jest się alfą i omegą, że jest się tak wyjątkowym w zetknięciu z rzeczywistością była żałosno-zabawna. Z wiekiem przeszło mi złośliwe rozbawienie, zastąpiła ją litość, bo człowiek ten jest bardzo nieszczęśliwy i samotny w swoim świecie, w którym zaledwie garstka ludzi jest godna równać się z nim, a na dodatek ta garstka zapewne miałaby go głęboko w poważaniu.

Wracając do mądrości, temat nasunął mi się po rozmowie z A., która zaczęła pracę w ośrodku zajmującym się dorosłymi ludźmi z ograniczonym poziomem inteligencji. Nie jest to praca łatwa, dorośli ludzie, często starsi od wychowawców, których rozwój zatrzymał się na poziomie kilkuletniego dziecka. I w przeciwieństwie do dziecka, on już nie ruszy. Ale jeśli jesteś do niej stworzony, to może dać Ci naprawdę wiele. Sama miałam na obozach integracyjnych styczność z dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie w stopniu od lekkiego do umiarkowanego i powiem Wam, że jeśli były jakieś problemy to nie z nimi, ale z ich „zdrowymi” kolegami. Oczywiście, łatwo nie było, tylko, że łatwo nie znaczy dobrze. Oj poobrywałam po zadzie, nauczyłam się pokory, spotkałam wspaniałych ludzi, z niektórymi mam kontakt do dziś, niektórzy mnie nie poznają, nie pamiętają. Ale ja pamiętam. I wtedy właśnie zrozumiałam słowa pewnej mądrej i inteligentnej osoby, że mądrość polega na wykorzystaniu tego co nam jest dane.

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , , | Skomentuj

Szczepić czy nie szczepić.

Odpowiedź państwa polskiego brzmi szczepić. Powiem więcej, władze państwowe zdecydowały, że nie mam prawa decydować o zdrowiu mojego dziecka, a to jak wpływać będzie na nie szczepienie ma głęboko w zadzie. No bo jak coś się stanie to co? Zasiłek w jakiejś śmiesznej kwocie, raczki umyte, niech rodzice i dziecko się męczą. Oczywiście, dziecko zostanie zbadane przed szczepieniem. Jasne, przez lekarza, który często o szczepieniu wie mniej niż ja, nie ma zamiaru przeprowadzić wywiadu, a moje wątpliwości rozwieje stwierdzeniem „jak Pani nie zaszczepi to zgłoszę do sanepidu i będzie kara”. Na moje szczęście osobiście spotkałam się tylko z popartym obrażonym tonem „tyle lat pracuje, a nie spotkałam się z jakimiś większymi problemami po tym szczepieniu”. Szlag mnie nieco trafił i spokojnym tonem oświadczyłam, że to zabawne, bo ja bez doświadczenia zawodowego znam osobiście 3 przypadki i dwa ze słyszenia wśród znajomych. Lekarka podsunęła mi tylko oświadczenie do podpisu i nie drążyła tematu. Nawet więcej, bo gdy przy następnej wizycie pielęgniarka naskoczyła na mnie to ja uciszyła.

Nie jestem przeciwnikiem szczepienia, moje dzieci są zaszczepione częścią obowiązkowych szczepionek. Jestem za to oburzona brakiem możliwości wyboru, zniesmaczona wybiórczymi informacjami podawanymi do wiadomości i mega propagandą proszczepienną. Dlaczego nie mogę zaszczepić swojego dziecka na świnkę i odrę osobnymi szczepionkami, tylko muszę fundować mu je w jednej szczepionce? Na zdrowy rozum nie jest to zbyt mądre połączenie, jakie są szanse, że dziecko naraz zetknie się z oboma wirusami w swoim otoczeniu? A ja mam mu je zafundować naraz. I to roczniakowi. I po diabła ta różyczka do tego? Ok, ja wiem jaki wpływ ma zachorowanie na nią dla kobiety w ciąży. No to po diabła szczepić roczniaka? Przewidujemy, że zacznie współżycie jako 11-latek?

A te wrzaski że krztusiec wrócił, bo rodzice nie szczepią dzieci na niego. No tak, pan który zachorował powinien wziąć łopatę, wykopać szanowną mamusię i nawrzeszczeć na jej szczątki, bo pewnie go nie zaszczepiła. Większość osób, u których zdiagnozowano chorobę była na nią szczepiona. Tyczy się to też dzieci. Ale co tam, podajmy, że to wina przeciwników szczepień, niech społeczeństwo ich ukamienuje lub na siłę zawlecze do przychodni.

Jak już wspominałam, nie jestem przeciwnikiem szczepienia, nie jestem też fanatycznym zwolennikiem, wszystko dla ludzi, tylko na Boga, dostosowane do nich indywidualnie! Skoro w rodzinie, wśród najbliższych krewnych, występuje autyzm, oraz zaburzenia z jego spektrum, to może zastanówmy się czy powinniśmy ryzykować. Jeśli dziecko jest nadwrażliwcem, to może warto opóźnić szczepienia i poobserwować jak się rozwija, niż potem rozłożyć ręce i wymamrotać, że tak się zdarza. Może warto traktować szczepienia jako ingerencję w delikatny organizm, a nie numerek do wpisania w rubryczkę w karcie dziecka. Może potraktować rodzica jako partnera, a nie debila przewrażliwionego cechującego się całkowitą nieumiejętnością prawidłowego myślenia.

Osobiście czekam na zapytanie kiedy zjawię się na zaległym szczepieniu i szykuję się do walki, bo póki sił starczy nie dam wstrzyknąć potrójnej szczepionki moim dzieciom. Ani temu nadwrażliwemu na bodźce, ani temu uczulonemu na wiele rzeczy. Nie zafunduję tej atrakcji moim synom, genetycznie obciążonym chorobami autoimmunologicznymi. Dla mnie to nie sprawa chorób, o których słyszałam w znanych mi przypadkach, dla mnie to zagrożenie pojawieniem się choroby którą znam, bólu z którym żyje. I stwierdzenie, że ja nie słyszałem o takim przypadku mało mnie obchodzi, proszę sobie poszukać informacji, wyciągnąć wnioski, pomyśleć co by się zrobiło, gdyby to było pana/pani dziecko, a potem straszyć karami. Tylko jaką karę nałożyć potem na urzędników, gdy coś się stanie dziecku?

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , , , , , , , | 625 komentarzy