Gdzie moja bestia!!!

Jak matka spóźniła się na autobus.

A właściwie to nie spóźniła się, bo autobus powinien być o 13:15 a ja byłam o 13:13 na miejscu. A autobusu już nie było. Wyjechałam wcześniej, niestety nie wzięłam pod uwagę zbliżającej się zimy i zapotrzebowania okolicznej ludności na drewno, które zdobywali na położonej na mojej trasie, zalesionej działce.  No a takie kawały pni jakoś same z siebie nie chcą opuszczać jezdni, dziwne, ale prawdziwe. Musiałam poczekać aż panowie odholują je na bok i  właśnie tych dwóch minut mi zabrakło. Gdy przybyłam na miejsce po mym dziecku nie było śladu. Nie żebym oszalała ze strachu, doskonale wiem, że nic mu nie jest, Pani Basia, opiekunka, nie pozwoliłaby żeby coś mu się stało. Ale sytuacja niefajna i stresująca, jeszcze nie przećwiczona. Właściwie to głupota, że nie wpadliśmy na pomysł by dowiedzieć się co zrobić w takim wypadku, bo przecież jakieś procedury obowiązują.

Ale wracając do głównej atrakcji, Wasza Rn, społecznie niedostosowana fobiczka, musiała ruszyć mózgiem i coś zrobić. Mąż pogryzł ją przez telefon, bo zajęty w pracy, nikogo innego w pobliżu, by się na nim uwiesić, więc trzeba brać sprawy w swoje obolałe łapki. Udałam się do sekretariatu i dostałam numer do kierowcy autobusu, klnąc pod nosem na brak wyobraźni, bo można było to załatwić na samym początku. No i okazało się,że moje całkiem zadowolone z wycieczki dziecko właśnie podjeżdża z powrotem pod szkołę. Ja w stresie, bo starszak jest nadwrażliwcem i już widzę jego odchorowywanie całej szopki, a tam wyłazi całkiem zadowolona bestia z uśmiechem na twarzy i chwali się, że śpiewał Pani Basi i Panu kierowcy piosenki przerywane ziewaniem. Gdybym była nieco sprawniejsza to bym zapewne nosiła Panią Basię na rękach, właściwa kobieta na właściwym miejscu, nie dość, że uspokoiła dziecko, to jeszcze zapewniła mu komfort i odczucie, że to wspaniałe przeżycie.

Dziedzic całkiem zadowolony, tym bardziej, że matczyne poczucie winy zakończyło się dla niego zabawą w przedszkolu młodszego brata, a później wizytą w knajpie i pożarciem samych delicji, pod postacią zupy pomidorowej, szarlotki i tortu bezowego, no i miał co opowiadać. Młodszy nieco zazdrosny, mimo iż na żarcie też się załapał, a matka w szoku, bo polazła sama (nie licząc potworów) do kawiarni, zamówiła, zapłaciła i nie uciekła, nie zemdlała, nie popłakała się. Dzień pełen wrażeń, najpierw wizyta w sekretariacie, czyli kontakt z obcymi ludźmi, przebywanie wśród ludzi i załatwienie sprawy z ludźmi, a potem akcja jedzeniowa, czyli Rn sama na froncie kontra kelnerka (przemiła) inni ludzie wokół. Dodam, że ostatni raz zamawiałam coś sama, ba weszłam do knajpy jako jedna dorosła osoba w towarzystwie, jakieś 7 lat temu.

Można więc powiedzieć, że zagubienie potwora wyszło mi na dobre. Może powinnam częściej ich gubić? Nie, za szybko bym osiwiała, poza tym to moje potwory i nikomu ich nie oddam!

Rn po przejściach

Ten wpis został opublikowany w kategorii Rn i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>