Kobieta zabezpieczona

Przezorny zawsze zabezpieczony. I co, pewnie teraz myślicie, że napiszę o antykoncepcji? Nic z tego, napiszę o oknach. A tak, a dokładniej o ich otwieraniu. Na etapie budowy, gdy mała bestia nr dwa opuściła już mój brzuch, wiedziałam, że okna muszą być zabezpieczone przed niepotrzebnym otwieraniem ich przez dzieci. No dobra, jakoś pojmę to na poddaszu, ale na diabła mi to na parterze? I na dodatek w miarę upływu czasu boleśnie się przekonuję, że jedyna osoba, która jest obecnie zabezpieczona przed możliwością przewietrzenia mieszkania to ja. Bo to co kiedyś robiłam za pomocą jednej ręki, teraz wymaga udziału dwóch i nieco kombinowania, jedna naciska, druga ciągnie a narząd mowy aktywnie uczestnicy produkując zaskakujące połączenia słów niecenzuralnych. I dziękuję opatrzności, że nie zamontowałam niczego na szafkach i w szufladach. Na szczęście starsze dziecię rozprawiło się z wynalazkami w ciągu pół godziny i matka się zniechęciła do szukania następnych rozwiązań. No bo teraz byłoby zapewne śmieszne, aby otworzyć coś musiałabym wzywać syna na pomoc.

Nie neguję słuszności zabezpieczeń, zwłaszcza na artykułach chemicznych i lekach, ale niestety moja obecna sytuacja stawia mnie w sytuacji podbramkowej. Już nie mówiąc, że zaczynam się czasami zastanawiać przed kim są te zamknięcia, skoro mój trzylatek jest w stanie sobie z nimi poradzić, a ja nie zawsze. Ot sytuacja sprzed kilku dni. Dziedzice chorzy, trzeba ich napoić magicznym płynem zwanym syropem dla dzieci. Aby to zrobić muszę otworzyć butelkę, czyli przycisnąć w dół zakrętkę i jednocześnie ją odkręcić. Po 5 minutach siłowania się i kombinowania bliska byłam rozwalenia jej szyjki by dostać się do zawartości. Starszy patrzył na mnie z niepokojem, najwyraźniej czerwona z wysiłku, bólu i wściekłości matka nie jest widokiem kojącym dla dzieci. W końcu mi się udało, ale wewnętrzny szlak szalał po mnie jeszcze trochę.

Wmawiam sobie, że powinnam czuć się bezpiecznie, przez okno nie wyskoczę, nie przedawkuję syropku, ani płynu do czyszczenia toalet. Widać życie uznało, że mam skłonności samobójcze i zabezpieczyło mnie moimi nieco zbyt mało sprawnymi raczkami. Przy okazji uwalnia świat od konieczności oglądania mojego dysgraficznego pisma, bo pisanie ręcznie jest niezbyt proste obecnie dla mnie. No i dzięki niemu na ziemi nie pojawią się kolejne niedorobione fragmenty szalików, które usiłowałam robić na drutach. Tylko jednak wolałabym zawiadomienie mnie o niepożądalności owych działań w inny sposób. Może SMS, albo mail, ewentualnie dziwne znaki na polu które przez 28 lat widziałam z okien swojego domu, a nie sztywność i ból stawów. No ale wiem, musi być z przytupem i mlaśnięciem, życie jest jednak okropnie lanserskie.

Pozdrawiam Was czule

Rn

P.S. Nie wiem czy pamiętacie aferę z dzieckiem, które w markecie napiło się Kreta, całej otoczki pod tytułem, że środki żrące nie będą stały na najniższych półkach. Nadal zazwyczaj stoją na samym dole. I nie mam większego problemu z ich otwarciem.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Rn i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>