Atmosfera grudniowa

Coraz bliżej święta. Na drzewach przy drodze wyjazdowej wiszą już lampki, co siódma reklama zawiera mikołaje, prezenty lub choinki, a na ulotkach coraz częściej pojawiają się bombki choinkowe. Radujmy się, świąteczna depresja nadchodzi!

Kombinacje prezentowe czas zacząć. Jak co roku brak kasy i dziki upór, każący mi dawać każdemu prezent dedykowany właśnie jemu, przemyślany i podarowany z ciepłym uczuciem. W większości zapewne zrobiony przeze mnie. Długa lista zapisana, pomysły dopisywane, kilka już odznaczonych. Dzieci na pierwszy, Mikołajowy, ogień dostają śniadaniówki lego, sami wybrali kolory. Co dalej, nie wiem. Lada chwila muszą sami zacząć tworzyć prezenty, bo wiedzą, że Mikołaja należy wspierać i to fajnie, gdy robimy coś dla ludzi których kochamy, a oni nawet nie domyślają się, że to nie ten facet w czerwonym, a my stoimy za prezentem. Co za radocha w tym minutowym ukrywaniu niespodzianki, a potem w wybuchu, że to ja, potwór swojej mamy, stworzyłem to dzieło.

Pamiętam święta, gdy dałam Mamie jej własne, nowe kapcie. Jaką miałam radochę. I nie w tym, że ja też dostałam coś, ale w tym, że coś dałam rodzicom. Wtedy właśnie zakiełkowało we mnie poczucie, że dawanie prezentów, jest dużo fajniejsze. Niestety z czasem zostało ono przesłonięte, przez konieczność zainwestowania w radość pewnej sumy pieniędzy, czyli tego, co jakoś samo do mnie nie chce przychodzić. Ale damy radę, rączki pokrzywione jeszcze nie są, prawy nadgarstek nawet nieźle sprawny, to do roboty czas się zabierać. No i wreszcie maszyny do szycia naprawione, można kombinować dodatkowe atrakcje.

A jeżeli już mówimy o atrakcjach, to mój organizm, po ponad 2 tygodniach bycia grzecznym i milutkim, postanowił, że za dobrze mi było i wita mnie rano bólami i ograniczeniami ruchu. Znowu poranna wizyta w toalecie rozpoczyna się od stękania i czołgania w odpowiednim kierunku. Zaciskam zęby i dalej przed siebie zasuwam. i słyszę, że sobie super radzę, bo przecież boli, bo wiem w jakim kierunku dąży to wszystko. Ale ja chyba sobie nie radzę, ja zwyczajnie nie biorę tego pod uwagę. To będzie, gdzieś tam przede mną, a teraz jestem tutaj i bawię się w krótkowidza, dostrzegającego przyszłość na odległość wyciągniętej ręki. I tylko te przerażone wnioski znajomych „ale ty możesz skończyć na wózku!”. No i? No to będę wozić mój szanowny zadek wózkiem, jak ma tak być to będzie, nic nie poradzę. Puki co, łażę bez podpory, nieco kulejąc i mogę do listu życzeniowego dla Mikołaja dopisać stylową laseczkę. Spokojnie, bez paniki, mój wredny charakter nie zmieni się nawet jeśli będę musiała obniżyć punkt widzenia o te kilkadziesiąt cm. Co nas nie zabije to nas wzmocni. A jak nas zabije, to już boleć nie będzie, więc nie ma tego złego. No może prócz tych koszmarnych mdłości po trexanie, które znowu wróciły. Jak człowiek myśli, że ma już z głowy to złośliwie okazuje się, że nic z tego. Jaka szkoda, że nie ma jak zemścić się.

A u Was, szanowni czytający? Szykujecie się do Świąt, czy może na koniec świata?

Wasza Rn

Ten wpis został opublikowany w kategorii Rn i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>