Fanatycznie nie cierpię cyckowego fanatyzmu

Jako osoba interesująca się szczepieniami, a właściwie walcząca z ich niedostosowaniem do indywidualnych przypadków, stykam się także z kampaniami dotyczącymi naturalnego karmienia piersią. I odzywają się we mnie wspomnienia.

Jak już wspominałam, urodziłam dwoje dzieci, obydwu synów siłami natury, choć w przypadku pierwszego raczej napędem kroplówkowym, i zetknęłam się z całym tym cyrkiem zwanym „szpitalem przyjaznym dziecku”. Dlaczego cyrkiem? Bo inaczej nie można nazwać tego co się tam działo. Mój syn nie umiał się ładnie przyssać, na dodatek pokarm pojawił się u mnie dość późno, w wyniku czego byłam pogryziona, a on osłabiony. Na moje nieśmiałe zwracanie uwagi, że coś jest nie tak, słyszałam, że mam idealne piersi do karmienia dziecka, a przystawiania dziecka uparcie uczono mnie, gdy siedziałam na twardym krześle, co ze szwami wiadomo gdzie, po 40 godzinach akcji porodowej (plus 9 wywoływania) było męką okropną. W końcu obchód raczył mnie poinformować, że moje dziecko ma bardzo niski cukier, niemal oskarżycielskim tonem, bo to przecież moja wina. Potem nastąpiło zastraszenie kroplówką dla dziecka i pierwszy promyk słońca pod postacią położnej, która przekonała lekarza, żeby dziecko dokarmić. Co 2-3 godziny przez 30 minut dawałam małemu cycka, po to by dostać później butlę. Dziecko odżyło, ja psychicznie też, co wpłynęło na pojawienie się mleka i zapewne byłoby naprawdę fajnie, mimo początku, gdyby nie ciąg dalszy moich perypetii szpitalnych. Zgodnie z wytycznymi zgłosiłam się po ostatnią butlę rano, tuż po zmianie pielęgniarek i trafiłam na kogoś, kto naprawdę nie wiem po co się tam znajdował. Na moją prośbę o mleko i wyjaśnienie, po co przyszłam, zostałam ochrzaniona od góry do dołu, musiałam wysłuchać jaka to ze mnie zła matka, bo chcę dokarmić dziecko, jaką mu krzywdę robię, jak się na niczym nie znam, zostałam złapana za pierś a następnie mój sutek został mocno zgnieciony, by ukazać mi, że mam pokarm (szkoda, że nic się nie pokazało). Wychodząc usłyszałam jeszcze, że to przez takie jak ja szpital może utracić swój wspaniały status przyjaznego kamieniu cyckiem. Wróciłam do sali roztrzęsiona, znerwicowana i w złym stanie. Ze szpitala uciekłam jak tylko wyniki dziecka na to pozwoliły, przy wsparciu pediatry, która widziała mój stan. Dzisiaj zapewne zrobiłabym piekło, wysyczała babie co sobie może zrobić i nasmarowała skargę, ale wtedy byłam młodą kobietą po pierwszym, trudnym i długim porodzie, fobikiem społecznym zamkniętym w szpitalu na ponad dwa tygodnie.

Po powrocie do domu nie było lepiej, pokarmu było ile było, jak wiadomo mleko nie bierze się z cycka, tylko swój początek ma w głowie, a moja głowa napakowana była czarnymi myślami. Nie pomagał fakt, ze starszy z moich synów nie znosił przytulania, musiał mieć swobodę. Przez miesiąc męczyłam siebie i dziecko, to ‚wspaniałe’ doświadczenie było torturą i tak je wspominam. Po miesiącu zrezygnowałam z karmienia piersią jako jedynej formy dostarczania pożywienia mojemu potomkowi i podawałam mu butlę. Niestety moje dziecko wolało męczyć się z cyckami matki, co podobno jest niezbyt częste, niż zaczerpnąć pokarmu z butli. Były więc walki z cyklu „nadal jestem głodny a tam pusto, a butli do buzi nie wezmę”. I kolejne dwa miesiące raju, z próbą napędzenia laktacji zgodnie z radami poradni laktacyjnej. Gdy mały miał 3 miesiące, uznałam, ze nie ma to sensu. I od tej chwili zaczyna się ta niemal sielankowa część macierzyństwa. Wreszcie byłam blisko mojego dziecka, on był zadowolony, przybierał na wadze, z czym przedtem bywało różnie, wprawdzie zaliczał się do niejadków, ale i tak było dużo lepiej niż wcześniej.

Gdy starszak miał 20 miesięcy urodziłam drugiego syna. W innym szpitalu, gdzie zaraz po porodzie przyszła na moją prośbę położna, która pokazała mi jak przystawiać małego, zobaczyła jak on ssie, wysłuchała, dała kilka porad i kazała się zawołać, jeśli cokolwiek będzie nie tak. Dodatkowo dowiedziałam się, że o ile karmienie piersią jest najlepszym sposobem odżywiania malucha, a wszelkie problemy da się pokonać wspólnie i przy pomocy personelu, to jest to moja decyzja jak żywię dziecko. Dziecko było stworzone do cycka, przyssało się cudownie, nie znęcało się nad sutkami, a moje piersi produkowały pokarm jak trzeba. 2 dni w szpitalu były miłe i nawet problemy nie działały frustrująco. Mały miał refluks, który zapewniał nam atrakcje w postaci nagłego wytrysku pokarmu przez usta i nos, po czym pojawiało się beknięcie i dziecię z błogim wyrazem twarzy zasypiało. Ale nie dane mi było karmić go naturalnie, wcześniej zafundowane mi doświadczenia wpłynęły na moja psychikę. Bo tak naprawdę nawet gdy nie karmiłam już piersią starszaka musiałam nadal mierzyć się z oskarżeniami, że jak mogę, przecież to cycek jest najlepszy, nie jestem dobrą matką. Ciągłe wpędzanie w poczucie winy, ciągłe wyrzuty, ciągły cyckowy fanatyzm. I skutek, czyli męka podczas karmienia drugiego dziecka. Wytrzymywałam około 5 minut, potem zaczynało mną trząść, chciałam oderwać ssaka od piersi, odłożyć go do łóżeczka i uciec. Po 10 minutach w oczach miałam łzy. Nie zafundowałam nam kolejnych miesięcy traumy, karmiłam do momentu gdy moja psychika mi dawała, a potem spokojnie wkładałam do paszczy butlę. Przez 3 miesiące moje dziecko dostawało na zmianę naturalny i sztuczny pokarm, potem powoli zmniejszałam ilość cycań dziennie, aż całkiem z nich zrezygnowałam. Spokojnie, już bez poczucia, że robię mu krzywdę, nauczyłam się puszczać mimo uszu komentarze o tym co ze mnie za matka. Oczywiście wielokrotnie słyszałam jaką krzywdę im robię, jak bardzo będą mi chorować
(do chwili pójścia do przedszkola obaj chorowali mniej od większości znanych mi ich rówieśników), jak ich utuczę (nie udało się, 25 i 50 centyl osiągnięty obecnie, wcześniej 3 i 25), jak to im zęby się szybko popsują(starszemu mleczaki zaczęły się właśnie kruszyć, ale nadal próchnica w ich wypadku to zjawisko mit). Żałuję jednego, że dałam się wkręcić w to cholerne poczucie winy, że nie umiałam się postawić, że nie potrafiłam znaleźć osoby kompetentnej i uzyskać pomocy.

I dlatego szlag mnie trafia na fanatyczne mamuśki, położne i lekarzy, którzy w swoim zafascynowaniu cyckiem i jego produktem oraz ich oddziaływaniem na dziecko zapominają o tym, że piersi nie są jakąś autonomiczną formą życia, przypadkowo dołączoną do kobiety, tylko jej częścią, że matka też jest ważna, że mleko modyfikowane, mimo iż nie jest tak doskonale i dobre jak mleko mamy, nadal jest pokarmem nie szkodzącym dziecku i je odżywiającym. Mamy prawo nie lubić karmić piersią, odczuwać dyskomfort podczas tego, możemy nie być w stanie karmić dziecka w ten sposób i naprawdę nie potrzeba nam wtedy słuchania o cholernych szpitalach przyjaznych dziecku, o krzywdzie którą mu wyrządzamy, wolałybyśmy wtedy dostać wsparcie, pomoc w karmieniu naturalnym, a gdy jednak się nie uda to bez fochów i obraz uzyskać pomoc w doborze mleka, smoczka i w sposobie utrzymania bliskości z dzieckiem w chwili, gdy ciepły i naturalny sutek musimy zastąpić gumową namiastką.

A teraz podsumuję. Tak, mleko produkowane przez kobietę jest najlepszym pokarmem dla jej młodych. Tak, mleko modyfikowane jest jego namiastką i gorszym wyborem. Nie, karmienie butelką nie oznacza, że robisz dziecku krzywdę, że jesteś złą matką. Nie, fanatyczne zmuszanie matki do którejkolwiek z tych dwóch form karmienia nie jest ok. Nie, karmienie piersią nie musi być czymś, co sprawi, że zapewnisz swojemu dziecku poczucie bliskości. Tak, powinnaś spróbować karmić piersią i nie poddawać się na samym początku, warto zawalczyć, ale Nie, nie musisz wykańczać się psychicznie, jeśli nie jesteś w stanie tego znieść. Nie, to że matka daje butelkę nie oznacza, że jest leniwa, lub ma na względzie wygląd swoich piersi. I po ostatnie, nie pozwól by ktoś wmawiał Ci, że jesteś złą matką, bo wybrałaś inny styl karmienia niż on preferuje. Nie, nie masz prawa wpędzać matki w poczucie winy, gdy zamiast cycka podaje butelkę z dostosowanym do malucha pokarmem. Tak, karmienie piersią jest tańsze, zdrowsze i wymaga mniej zabiegów przygotowujących. Nie, nawet jeśli zostałabym matką biologiczną ponownie (co z powodów zdrowotnych uznaję za niemożliwe), nie walczyłabym o naturalne karmienie z całych sił, jeśli tym razem udałoby się to super, jeśli pojawiłyby się oznaki, że moja psychika ma dość, to żegnaj cycku, witaj butelko.

 

P.S. Mój poród nie należał do miłych, pamiętam ból i całą otoczkę, ale mówienie o tym przychodzi mi bez trudu (wg niektórych nawet za łatwo) i nie wywołuje przewrotów żołądka. Za to okres karmienia piersią do dziś nacechowany jest negatywnymi emocjami, wspominanie go jest nieprzyjemne i sprawia, że coś we mnie pęka. Dziękuję opiece poporodowej w miejscu mojego pierwszego porodu, w szpitalu tak bardzo przyjaznym dziecku, zyskałam traumę do końca życia. A następna pielęgniarka, która złapie mnie za pierś bez wcześniejszego zapytania o pozwolenie dostane z pięści, łokcia lub kolana, w zależności od tego, który staw będzie akurat działał sprawnie. Ewentualnie użyję laski.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Rn i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

106 odpowiedzi na „Fanatycznie nie cierpię cyckowego fanatyzmu

  1. ~Iczka pisze:

    podpisuję się pod tym co napisałaś obiema rękami, mam takie samo zdanie na temat karmienia piersią jak Ty. Nic na siłę, kobieta winna miec prawo wyboru, bo nawet jak ma pokarm to przy niechęci do karmienia cycem, więzi z dzieckiem nie na wiąże, a wręcz przeciwnie, może to źle wpłynąć na stosunek matki do dziecka. Ja karmiłam piersią przez 3 m-ce, tyle sobie założyłam, bo to zdrowe dla dziecka, ale ja za tym nie przepadałam. Oczywiście po tej całej nagonce na temat karmienia piersią, do dziś czuję wyrzuty sumienia, że nie robiłam tego dłużej.

  2. ~ML pisze:

    Mnie też położna bez pytania ścisnęła za obolałą pierś w szpitalu. Też mi zafundowano horror w czasie i po porodzie. Miałam doła i mleko przestało płynąć z dnia na dzień, bez bólu bez ściągania po prostu go nie było. Dziecko przeraźliwie chude bo jak dam butelkę itd. Ale dałam i dziecko 2 miesięczne zjadło 300 ml na jedno posiedzenie. Oczywiście przy każdej wizycie u pediatry spojrzenia jak mogę nie karmić jako to zła jestem itd. Nie cierpię terroru laktacyjnego.

    • ~mlekomamy pisze:

      300 ml mleka modyfikowanego świadomie podać 2-miesiecznemu dziecku?? gratuluję… Nie umieć, nie móz, nie lubic karmić piersią, to jedno. ale nie umieć czytać prostej informacji w każdej głupiej gazecie dla rodziców albo na pudełku od mleka?

  3. ~Agula pisze:

    Witam. Moja Córa ma obecnie 21 m-cy, karmiłam przez 7 i pewnie chciałabym dłużej, ale podczas ściągania pokarmu wyczułam jakieś grudki, lekarz podejrzewał guza, więc – by się wiarygodnie przebadać – musiałam z karmieniem skończyć. W skrócie: moje odczucia są skrajnie od Twoich odmienne…

    Nie, karmienie nie było fajne. Byłam po cesarce – nawał pokarmu po kilkunastu godzinach od porodu (to tak na „potwierdzenie” problemów z laktacją po cięciu…) tak duży, że ściągałam, bo Mała nie nadążała ;-) Na początku – ból nie do opisania. Rana po cięciu to był pikuś (nie brałam leków przeciwbólowych po operacji) – w szpitalu przy karmieniu parę razy sięgnęłam nawet po ketonal… Większość położnych i noworodkowych o nauczaniu karmienia nie miało wielkiego pojęcia (szarpanie za cyce i tp. „atrakcje”), a starały się tak, że bez „pomocy” Córy całe brodawki miałam pokaleczone. Na szczęście znalazły się dwie, które pomogły (Córa z maleńkimi usteczkami – 2700 wagi – nie mogła po prostu na tyle szeroko paszczy otworzyć). Szpital jednak nie szalał na siłę – panowała opinia, że „nie wolno głodzić noworodka” (klinika, neonatologia III stopnia – kliniczny w Krakowie) i wprawdzie do karmienia zachęcano, zalecano najpierw zawsze podawać cyca, a dopiero później butlę, ale gdy pokarmu nie było i tp. noworodkowe same pakowały maluchowi butlę do paszczy.

    Młoda przybierała jak słonik na moim pokarmie (ciągle powyżej siatek dla wieku, w wieku 6 miesięcy – 9,5 kilo), do dziś nie choruje (żłobek od niemal roku), choć niestety przed alergiami nas karmienie nie ustrzegło – atopik modelowy, skaza białkowa, soja, owoce jagodowe, kurczak, wołowina, gluten. Oczywiście figurkę ma teraz idealną – wszystkie siatki w okolicy 50 centyla.

    Niemniej – obcy ludzie zawsze karmienie traktowali życzliwie, choć nie raz przyszło mi karmić publicznie (zasłonięta pieluchą, kocykiem – jeden raz tylko nie było niestety czym, choć zniesmaczonych reakcji nie spotkałam na szczęście). Za to przez bite 7 miesięcy – dzień w dzień – walczyłam o to karmienie z moją matką (emerytowana pielęgniara), która mnie samą karmiła tydzień i moje karmienie Córy uważała za fanaberię. Robiła wszystko, bym przestała – łącznie z podkarmianiem Córki chyłkiem mieszanką tak, by nie była głodna i nie chciała ssać piersi. Gdy gdzieś byliśmy – choćby u moich Dziadków – poniżała mnie gdy wychodziłam dać Młodej jeść. Baaardzo szybko ukróciliśmy więc z Mężem widzenia z moimi rodzicami…

    Osobiście uważam, że każdy karmi, jak chce. Mało tego – uważam, że za odpowiednią dopłatą z własnej kieszeni – każdy powinien rodzić, jak chce (w skrócie: wszelkie badania na temat cesarek wnioski opierają na danych „wstecznych”, nawet z lat 90-tych, stąd statystyki dotyczące ich bezpieczeństwa dla matek i dzieci jakie są – łatwo wywnioskować; dość powiedzieć, że w krajach – np. Włochy – gdzie cesarek najwięcej jest też – o dziwo – istotnie najniższa na świecie umieralność położnic i noworodków (we Włoszech coś koło 4 promili); wreszcie: operację plastyczną np. odstających uszu możesz zrobić sobie i dziecku, a prawa do cięcia na życzenie się matkom odmawia). Ale nie zawsze to matki „butelkowe” są szykanowane – czasami na odwrót :-) Pozdrawiam.

    • ~mlekomamy pisze:

      Boże, współczuje matki, a przynajmniej jej podejścia do Ciebie i sytuacji! :-/ Dokładnie, matki karmiące piersia tez są szykanowane, nawet w tym artykule :) Mało tego, pisanie ze z piersi mleko jest tanie/ za darmo. No tak, bo samo leci i nie trzeba kupic? Moze dla matek siedzących w domu brzuchem do góry to tak wygląda, ale wiele mam karmi i PRACUJE, takie karmienie tym bardziej jest cenne i kosztowne, dosłownie, bo to nie jest zalanie kilku łyżek wodą butla i heja. Siedzenie XX minut przy kazdym karmoenia (Zwł. nażądanie) to duzo wiecej czasu i tez koszt, bezczelne jest wyliczanie ze to nic nie kosztuje, jakby matki od modyfikowanego jakis luksus kupowały…

  4. ~piniek pisze:

    Święte słowa. Szarpano i mnie – nie będę ukrywać gdzie – Bielański, Wawa. Trauma spowodowana brakiem pokarmu (moja wina bo jestem wyrodną matką – wiadomo) przekształciła się szybciutko w klasyczną deprechę poporodową.
    Jeżeli kiedykolwiek będę miała drugie dziecko, nawet nie będę próbowała wkładać mu piersi do ust.

    • ~mlekomamy pisze:

      Ale co to za podejscie, boze dorosłe kobiety, rodzą dzieci a takie teksty. Nie będę, bo nie, jak w przedszkolu. Ręce opadają jak sie czyta. Kobieto, nosisz dziecko 9 m-cy, poród to był pikuś? na pewno nie, wiele zalezy od nastawienia, przykro ze takie macie doswiadczenia, ale wiele kobiet, te które karmią i nie miały problemów TEŻ były i są czesto ciągane za sutki, obudźcie sie i przestancie sie ze sobą tak cackać. Tak sie robi, głupi i przykry ale standard. To ma byc powód do niekarmienia, zakładania ze nawet za X czasu nie bo nie? matko i córko!

      • ~Rn pisze:

        Pani nie rozumie o czym pisze Piniek, i bardzo mnie to cieszy, bo to znaczy, że nie przeżyła Pani tego co ona. I nie w sensie tego co Panią spotkało po porodzie, ale tego co działo się w Pani psychice. Życzę zdrowia.

  5. ~Aga pisze:

    Szczerze współczuję „cyckowej” traumy. Rozumiem Cię doskonale. Wprawdzie mój biust wręcz książkowo produkował mleko przy obu moich „ssakach”, byłam za to dyskredytowana za to, że urodziłam poprzez „cesarkę”. W rozmowach z wieloma innymi kobietami (niekoniecznie matkami) odczuwałam i słyszałam w mniej lub bardziej zawoalowany sposób dezaprobatę z tym związaną. I nieważne było, że gdyby nie ten sposób porodu w najlepszym wypadku byłabym ślepa, w najgorszym już by mnie nie było (choroba serca i nadciśnienie). Dla nich cesarka to pójście na łatwiznę. I tylko te osoby, które cesarkę miały lub znają się co nieco na medycznych zagadnieniach, wiedzą jak poważną i niebezpieczną operacją jest cc. Pamiętam ból nie do opisania, gdy zeszło mi znieczulenie na sali operacyjnej w trakcie drugiej cc. Widziałam dziewczyny rodzące naturalnie, w jakiej formie były w dwie doby po porodzie. Ja musiałam leżeć plackiem popodpinana do kroplówek. One wychodziły z porodówki, gdy ja jako tako mogłam przemieszczać się nie całkiem wyprostowana – wyprostować się nie dało bo szwy ciągły niemiłosiernie a chodzić trzeba było żeby nie było zrostów.
    I na koniec pojawia się (przynajmniej u mnie) refleksja – gdybym miała wtedy tyle pewności siebie i świadomości własnej wartości, co teraz, moim antagonistom nie byłoby łatwo dyskutować ze mną:)
    Cóż, widocznie każda z nas matek musi mieć swoje koszmary.
    Pozdrawiam serdecznie!

    • ~Agula pisze:

      Hej.

      Ja tam dziękuję Bogu, że wskazania do cesary miałam… Bałam się przeokropnie (matka jest emerytowaną pielęgniarką, straszyła mnie jak mogła…), ale bardziej bałam się, że trafię na partacza, który mi ze zdrowego Malucha zrobi roślinkę. Teraz planuję kolejne Dziecko i zrobię wszystko, by znowu mieć cięcie. Na szczęście wskazania z poprzedniego raczej się nie „wyleczyły”, więc powinno być ok (zwyrodnienie siatkówki oka lewego, stan po kompresyjnym złamaniu kręgosłupa ze zwyrodnieniem kręgosłupa, pourazowe zwężenie miednicy po złamaniu + przecież stan po poprzednim cięciu cesarskim).

      Uważam, że KAŻDA matka powinna rodzić, jak zechce – niemniej uważam, że różnicę kosztów powinnyśmy pokrywać z własnej kieszeni gdy do cięcia nie ma wskazań medycznych. Jakoś nie wierzę w te matki „wygodnickie” i „bojące się porodu naturalnego” – czy którakolwiek z Was bałaby się porodu, gdyby nie historie Dzieci, które zostały kalekami z winy lekarzy – partaczy??? Co to kogo obchodzi jak rodzimy czy jak karmimy? Badania na ten temat to często wierutne bzdury, na pograniczu błędu statystycznego wyników, wnioski wyciągane na podstawie przypadków porodów z lat 90-tych. Wolno sobie odessać tłuszcz, założyć opaskę na żołądek, uszy czy nos zoperować, ale cięcia nie bo nie i już. Myślę, że skaczemy sobie do oczu, bo w nas stale otoczenie próbuje budzić poczucie winy: a to karmimy nie tak, a to rodzimy ze znieczuleniem lub cięciem, a to dziecku w dupiszcze klapsa wlepimy jednego gdy po raz czterdziesty mimo próśb wyskakuje na ruchliwą ulicę lub lezie z łapiszonami do kuchenki gazowej. Boże. Są domy, w których dzieci się bije, nie szanuje, nie rozmawia, narzuca wszystko, gdzie kompetencje wychowawcze równe są „mniej niż zero”, a wojny toczy się o cesarki, mieszanki mleczne, cycki, znieczulenie do porodu… Skąd w naszym kraju tyle potrzeby włażenia z butami w cudze życie? Ja się kogoś ciągle krytykuje za jego poglądy, to ja się nie dziwię wcale, że on później krytykuje nas – choćby za to Autorkowe niekarmienie cycem. Też tak macie, że głównymi krytykantami są Wasze Mamy i Teściowe? Ja się już odsuwać zaczęłam, bo to, jak wychowywano i mnie i Męża wołało o pomstę do nieba, że wyrośliśmy na ludzi – zasługa wyłącznie obcych, ale napastowania o cesarkę, mleko naturalne/modyfikowane i inne pierdoły nie schodzą u nas z tapety…

      G…no prawda z tą poważną operacją. Każdy ją znosi inaczej, ale dziś jej bezpieczeństwo jest RÓWNE porodowi naturalnemu z tą różnicą, że zrosty zostają i każde kolejne wejście w brzuch jest trudniejsze technicznie. Mnie tam bolało na tyle mało, że ŻADNYCH leków po operacji nie brałam (cięcie Misgaw-Ladach) – ból do wytrzymania dawał mi przynajmniej kontrolę, co mogę zrobić, a co może być już szkodliwe/niebezpieczne. Córa cała i zdrowa, apgar 10, rozwija się genialnie, jest ponadprzeciętnie zdolna. I to się dla mnie liczy. Tylko o Nią się bałam, tylko dlatego skorzystałam ze wskazań (nie były bezwzględne jak widać, ale lekarz nie zrobił wielkiego problemu) do cesarki. Pozdrawiam wszystkie Mamy – niezależnie od poglądów i apeluję: wymieniajmy się poglądami, chwalmy nawzajem, chwalmy nasze Dzieci. Mówmy w kategoriach: „ja czytałam”, „mnie przekonała teoria”, „ja lubię”, nie wciskajmy sobie niczego na siłę. Wtedy może zmieni się durne polskie nieformalne prawo, wedle którego każdy wie lepiej, jak żyć powinni inni.

    • ~mlekomamy pisze:

      To prawda, tez sie czesto spotkałam z takimi głupimi tekstai, wrecz ze to nie poród bo cesarka?! Idiotyzm. A to że czesto wijesz sie z bólu tak samo przed bo trzeba akcje wywołac, i to bardziej bolesnie bo sztucznie to nic? A to ze innepo nat. śmigają w 1-3 dobry po, a Ty nie mozesz sie ruszyc bez bólu przez tygodnie, miesiące? Eh, o ile przy karmieiu rozumiem bo po to wydalismy dzieci i mamy im zapewnic to co mamy najlepsze, mleko, jesli cozywiscie sie tylko da i można – no to tu podejscia nie rozumiem. Przeciez rzadko kiedy CC jest z wyboru (w PL), to czesto wynik komplikacji, powikłan, problemów ze zdrowiem albo porodem! A okupione jest wiekszym bólem niz zwykły poród (kazxda matka praktycznie ktora ma porównanie SN do CC to powie).

  6. ~Agulka pisze:

    Prawdą jest, że do karmienia piersią trzeba być dobrze przygotowaną…ja rodziłam w ciężkich polskich czasach – 24 i 22 lata temu – przed pierwszym porodem zapisałam się do szkoły rodzenia (Tychy), gdzie wsapniałe położne przygotowały mnie m.in do tego…potem naprawdę nie musiałam przejmować się przypadkowym personelem szpitalnym, pogryzionymi do krwi sutkami, późnym pojawieniem się pokarmu…Obie córcie karmiłam przez rok…przy drugiej w pełni doceniłam uroki takiego karmienia! Prawdą też jest, że to bardzo zdrowy pokarm. Najzdrowszy. I dwa w jednym – przytulanie i jedzenie – rzeczy niezastąpione i niezbędne dla małego człowieka!

  7. ~kamyczek pisze:

    Moja historia jest podobna do Twojej. Szpital na Karowej w Warszawie 13 lat temu na siłę propagował karmienie naturalne a dziecko nie tolerowało pokarmu i nie umiało ssać. Dziecko chudło a ja umierałam ze strachu o nie. Wypisałam siebie i je na własne żądanie i w konsultacji z pediatrą która również mnie jako dziecko doglądała karmiłam córkę butelką. Teraz moja panna ma 13 lat. Jest silna i zdrowa. Właściwie nigdy nie chorowała bardziej.
    Moja siostra rodziła we Francji. Naturalnie podano dziecku butelkę (jednorazowe mają w szpitalach). Tam nikt nie karmi piersią. Nie ma takiej konieczności- ba mleko modyfikowane miesza się z wodą źródlaną nieprzegotowaną o temperaturze ledwie letniej i moja siostrzenica nigdy nie miała kolki nawet. Teraz to już 5 letni dziewuszka i też nie choruje bardziej niż rówieśnicy.
    czyli jak to jest?
    A i jeszcze ja- matka karmiła mnie butelką. I jakoś żyję już 40 lat. I zęby mam wszystkie:) (swoje własne)
    Przyłączam sie zatem do akcji – To matka decyduje co je jej dziecko!

  8. ~Lazurowa pisze:

    Masz rację, to były chyba najgorsze dni w życiu. Początki macierzyństwa są trudne a tu pani położna krzyczy, ze nie karmisz piersią i nie potrafisz, bo jesteś złą matką. Człowiek jeszcze cały obolały. Córka pila 3 minuty i zasypiała, kładłam ją do łóżeczka zaczynał się wrzask. No i ta ulga – zjadła z butelki i spokojnie śpi. W każdym razie nadgorliwe położne znacznie przyczyniły się do mojej decyzji – nigdy więcej drugiego dziecka

  9. ~Agula pisze:

    A ja Wam powiem coś jeszcze, choć zaznaczam, że nie chcę generalizować: badania badaniom nierówne, wiele jest cennych. Ale pracuję na wyższej uczelni i dosyć się napatrzyłam, jak wiele „badań” „wskazujących, że jest tak lub inaczej” się robi. Żeby utrzymać pracę, zrobić wymagany stopień naukowy, otrzymać granta – badania robi się często na siłę. Nie ma dosyć przypadków „bieżących”, więc sięga się np. do dobrze opisanych starych ankiet, przypadków medycznych i tp. (np. dokumentacji medycznej placówki).

    Rzeczywistość ma na dodatek to do siebie, że można ją obserwować z różnych perspektyw i często zupełnie sensownie udowodnić dwie skrajnie odmienne teorie – większość opiera się na metodach statystycznych. Często korelacja jest naprawdę stosunkowo niewielka, ale jest, więc później twierdzi się, że jest tak, a nie inaczej. Dopóki ktoś nie przedstawi innych wniosków, których czasami nie uda się już równie spektakularnie nagłośnić. Tak było np. ze zbawiennym wpływem pewnego szczepu probiotycznego, który rzekomo zwiększa odporność… Korelacja jest znikoma, ale jest, więc szczep „pomaga”. No – życzę, by komuś rzeczywiście pomógł…

    Dlatego zdajcie się miłe Panie na własny osąd sytuacji, nie dajcie się zakrzyczeć, bo jak jest w rzeczywistości z tymi „jasno wskazującymi na naszą macierzyńską beznadzieję” wynikami badań tego nikt nie wie i nikt nie widział… Na pocieszenie: Córę karmiłam modelowo – do końca 6-go miesiąca piersią wyłącznie, do końca 7-go – z rozszerzaniem diety. Fakt, parę razy matka chyłkiem mi Ją dokarmiała flachą, ale PARĘ RAZY. A Młoda jest alergikiem – jak złoto. W życiu czegoś takiego nie widziałam, choć jestem z rodziny atopowców. Możecie nas podawać za przykład oponentom krzyczącym, że cycki chronią przed alergią ;-)

  10. ~Agula pisze:

    p.s.

    Jako modelowa wyrodna matka spadam po Młodą do żłoba. Lata tam codziennie, że mało nóg nie połamie, ale i tak jestem wyrodna ;-) „Wpadnę” wieczorkiem, gdy Młodzież uśnie, zajrzeć, co ciekawego napiszecie – do zobaczenia, pozdrawiam!

  11. magdalena.f pisze:

    Zgadzam się w stu procentach! Nie pisze dalej, bo wszystko zostało opisane. Pozrawiam

  12. ~Babcia pisze:

    Jak czytam Wasze opinie Młode Mamy, to sadzę,że jednak kiedyś 30 lat temu chyba było lepiej. W szpitalu jak urodziłam dzieci to owszem karmienie piersią, ale jak było głodne czyli płakało dostało butlę. Ja karmiłam butelką ( w tamtych latach to był horror,) Wnuczkę mam 7-mio miesięczną. Zaraz po urodzeniu oczywiście karmienie piersią ( wielkość A+ więc nie było czym ale Mama bardzo chciała) Położne układały dokładały, a dziecko płakało. Po 3 dniach płakała Młoda Mama, bo dziecko zamiast przybyć mocno spadło z wagi. I dopiero jak pani pediatra wkroczyła ostro to dziecko było dokarmiane, zgadnijcie czym ? Kieliszkiem, żeby się nie przyzwyczaiło do smoka. Nie odzywałam się. Pozostawiłam decyzję córce. Karmi do tej pory ale co 2- 2,5 godziny bo niby pokarm jest ale niestety mało. Teraz już kaszka i inne więc nie jest żle, ale w nocy w dalszym ciągu się przytulają i karmią. Mama bardzo to lubi czyli spanie z córeczką. Moim zdaniem obecnie zbyt duzy nacisk jest na naturę „poród” naturalny ( nie zawsze kończy się dobrze jak są przeciwwskazania) karmienie naturalne, a jak nie ma czym? To co głodówka? Szkoły rodzenia są bardzo dobre, ale powinny uczyć różnych dróg prowadzących do tego samego celu. każdy powinien umieć wybrać tę właściwą. Pozdrawiam.

    • ~Agula pisze:

      Szacun. Za całokształt. Pozdrawiam.

    • ~mlekomamy pisze:

      Boże, jak sie czegos nie wie, to warto poczytać. Co z tego że miseczka A+?? To NIE MA ZNACZENIA dla laktacji i mleka! Ludzie! Tak samo jak dla ilości! Laktacja musi sie unormować, rozkręcić i będzie dobrze, po to własnie częste przystawianie, co to pani przeszkadza? Tak samo jak spanie z córeczką? MATKO! Chce, i bardzo dobrze, wspierać, bo mama dobrze robi, prosze sie douczyć, a nie farmazony pisać o miseczce i wpływie na ilosc mleka!

  13. ~rodząca pisze:

    Rodziłam pierwszy raz. Szpital w Krakowie na Siemiradzkiego. Personel koszmarny. Nic tylko karmić piersią i butelka nie wchodzi w grę.Czułam skurcze, wody odeszły już w domu a oni twierdzili, że udaję, ze są skurcze. Potem zaczęły się komentarze że jestem otyła i to dlatego.Po porodzie siłami natury, zamiast porozmawiać i pokazać jak należy karmić, to położna bezczelnie zapytała czy to moje pierwsze dziecko?. Pokarmu miałam mało, dziecko płakało, a dokarmiać nie chciały. A na koniec nawet nie potrafiły dziecka dokładnie zważyć. Popieram Was. Nie ma obowiązku karmienia piersią i nikt nie ma prawa mnie krytykować.

  14. ~Minerwa pisze:

    A ja karmiłam butlą bo nie miałam mleka, i nikt mnie w nic nie wpędzał – może po prostu obracam się wśród normalniejszych ludzi…

    • ~Agula pisze:

      Masz w takim razie chyba masę szczęścia, bo ja mam naprawdę spore grono krewnych i znajomych i naprawdę nie znam żadnej młodej matki, która by się z takim podejściem nie spotkała… Choć – jak napisałam – więcej wyrozumiałości wszelkiej doznałam od Obcych, więc pewnie i tacy chodzą po świecie ;-) Żeby było śmieszniej, to w mojej Rodzinie na największą wyrozumiałość można liczyć ze strony Dziadków (odpowiednio: 1921 i 1928), którzy całe życie spędzili w jednej małej wiosce, a edukację zakończyli na 7 klasach szkoły podstawowej. Najtrudniej dogadać się z pokoleniem Rodziców (nie tylko ja, ale i np. kuzynki – Rodzinkę mam duuużą), urodzonym na przełomie lat 40-tych i 50-tych, jak na swoje czasy – całkiem nieźle wykształconych, więc można by (ach, te pozory…) oczekiwać większej otwartości na świat i ludzi… Może tu właśnie leży problem, bo z tego, co widzę „natężenie” osób podobnych moim Rodzicom zmienia się w zależności od pokolenia ;-) Pozdrawiam.

  15. ~Irina pisze:

    Jeżeli rodzić to tylko w prywatnym szpitalu – historie, których można się nasłuchać odnośnie szpitali przyprawiają mnie o dreszcze. Sama byłam ofiarą oddziałowej, przy innej okazji i wypisałam się w stanie krytycznym do domu.

  16. ~trzynastka pisze:

    dobre ,jestem tata i przeszedlem przez to wszystko moja pani to miala , pomagalem jej , dzieki temu przeszla przez to bez stresu .swiat sie zmienia ale ludzie nie .

  17. ~Millivanilli pisze:

    ” Jeśli ktoś chce szuka sposobu, jeśli ktoś nie chce szuka powodu ” – stare ludowe porzekadło ;)

  18. Systematycznie oglądam twoją stronę. Spodobał mi się ten artykuł.

Odpowiedz na „~BabciaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>