Samochody jak nieszczęścia – do naprawy chodzą parami.

Zapewne nie pisałam, że jesteśmy rodzinnie posiadaczami dwóch aut, samiec Romana, a ja Zuli. Niestety mimo odmiennej płci, nie mają szans się rozmnożyć, choć z drugiej strony, przy dzisiejszych cenach benzyny wyżywienie młodych byłoby zbyt kosztowne. no i właściwie po co nam kilka maluchów? Nie te czasy. Dlatego też nasze maszyny są jałowe, co wpędziło je w depresje, a przynajmniej Zulę. Roman bowiem do warsztatu trafił po zbyt nachalnej próbie podrywu przez jakąś Toyotę, która, kolokwialnie mówiąc, próbowała mu zleźć w zad. Wyszedł z tego poobijany, bez większej części zderzaka i z koniecznością klepania. Dobrze, że jego wnętrze nie ucierpiało, tym bardziej że w jego skład wchodził mój starszy syn.

Zula za to zaprotestowała podczas jazdy, zatrzymała się i zdechła kompletnie, coś w jej wnętrznościach całkowicie się wyeksploatowało. Mam nieodparte wrażenie, że ona mnie zwyczajnie nie lubi, bo ciągle kombinuje jak zrobić mi na złość, a to jakąś lampką mruga, a to skrzynię zmiany biegów blokuje. Zwyczajnie zazdrosna jest wariatka jedna, że ja tak urodziwieję na starość a ona nie. I nie jest to sprawa płci, z poprzednim samochodem super się dogadywałam, a to także była dziewczyna, malutka zwana Smoczycą. Kochała mnie z całego swojego silnika, przetrwała moją naukę jazdy i dziwne trasy, a padła dopiero gdy prowadził ją samiec (i tutaj zachowała się super, gdyż przyjęła dzielnie uderzenie i wyszedł on bez szwanku). Tęskni mi się za jej zielenią, odgłosem warczenia i ustawieniem wnętrza. Niestety, dokonała żywota.

Nie zgadzam się z twierdzeniem, że byłam do Zuli uprzedzona, o nie! Powitałam ją radośnie, obdarzyłam zaufaniem i uczuciem, a to ona go nie odwzajemniła. Podły babsztyl. No nic, może teraz doceni wkład włożony w jej reanimację i zacznie zachowywać się jak na grzeczny samochód przystało. A jeśli nie to będę musiała się wspiąć na szczyty wspaniałomyślności i sprzedać ją nim w fazie maksymalnego wkurzenia nie użyję na niej klucza do opon.

Trzymajcie za nas kciuki

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , | 1 komentarz

Kataklizm zwany reformą

Dzień dobry, nazywam się Rn i jestem mamą pięciolatka, który miał już jako sześciolatek iść do pierwszej klasy. Jednocześnie jestem teoretyczną nauczycielką, teoretyczną, bo studia skończyłam i tyle wspólnego z zawodem wyuczonym mam. Niestety, przez ukończone studia posiadam pewną wiedzę i ideały przynależne zawodowi, a brak doświadczeń nie zweryfikował ich wystarczająco.

Po tym wstępie przechodzę dalej, do mojego syna, zobowiązanego do uczęszczania do placówki oświatowej/opiekuńczej. Jako jego matka zostałam postawiona przed wyborem, gdzie posłać me dziecię. Choć słowo „wybór” objawia się tutaj jako żart. W teorii bowiem jest on całkiem rozległy, gdyż mogę posłać syna do przedszkola lub szkoły, państwowo lub prywatnie. W praktyce za to pojawiają się pęknięcia na tym liofilicznym obrazku. Po pierwsze pieniążki nie mają ochoty pojawiać się same na moim koncie, nikt nie chce mi sprezentować wyżywienia, benzyny i odzienia, co niestety wyklucza wszelkie w pełni odpłatnie rozwiązania sytuacji. Po drugie, w mojej gminie, składającej się z kilku prężnie rozwijających się miejscowości, jest około 300 miejsc w przedszkolach. Nie, nie dla pięciolatków, dla wszystkich roczników. Co za tym idzie, mój wybór ogranicza się do oddziału przedszkolnego w miejscowej szkole, co zresztą dotyczy sporej grupy rodziców. Dlatego w klasie mamy 25 dzieci, w większości pięciolatków, które nigdy wcześniej nie miały nic wspólnego z takim miejscem (z powodów jak wyżej). Dzieci te mają niebywałe szczęście, gdyż mogą pozostać w „zerówce” dwa lata, dzięki czemu mają szansę dojrzeć do pierwszej klasy. Ale mój młodszy syn ma już nie mieć takiego szczęścia. A mnie skręca, gdy pomyślę co by było, gdyby i starszy go nie miał. Bo jakby to wyglądało? Moje dziecko znalazłoby się w szkole, która staje na głowie by dostosować warunki dla takich maluchów, z nauczycielką, która zaharowuje się, by podnieść swoje kompetencje i przygotować uczniów jak najlepiej, z programem skleconym na kolanie niemal, co roku poprawianym. No szlag może człowieka trafić. Dlaczego w cywilizowanym kraju można wprowadzać reformę przez wiele lat, zaczynając od przygotowania kadry, budynków, programów, zaplanowania wszystkiego krok po kroku, z namysłem, powoli, a w Polsce robi się to na hura? Odnoszę wrażenie, że ktoś przeczytawszy już wszystkie plotki z botka lub innego ratlerka, uznał, że nudzi się, więc może wprowadzi reformę. Idzie do kolegi z pomysłem, tamten wyjmuje kalendarz i ustalają do kiedy ją wprowadzają. Wygląda to zapewne tak:

- Hipolitku, może wprowadzimy reformę oświaty?
- Och, co za wspaniały pomysł, Gangrenko! Właśnie skończyłem dłubać w zębach, więc mam chwilkę czasu.
- No to kiedy?
- Poczekaj, zaraz zaraz. Oj wiesz, w tym roku wyjeżdżam na wakacje do Tajlandii, to nie chce mi się wysilać. No a poza tym Zygrfrydzik ma termin wczasów na pierwszą połowę września, a to chyba jakoś od wtedy trzeba by zacząć. No i trochę czasu na to chyba potrzeba.
- No może, ale nie za długo, bo wiesz, za 3 lata to ja bym sobie budowę nowej willi zaczęła i czasu mieć nie będę, więc co, za dwa lata?
- Jasne, najwyżej sobie przełożymy jak się nie wyrobimy, co tam. AS właściwie, to o co chodzi z tą oświatą?

Czy naprawdę nie można było zrobić tego dobrze? I ta kompletna bzdura, ale ładnie wyglądająca na papierze, wyrównywanie szans. Jakie wyrównywanie? Chcecie wyrównywać to dajcie dostęp dzieciom do przedszkoli. Dzisiaj problemem nie jest to, że rodzice nie chcą puścić dziecka do niego, ale że nie mają na to szans.

Moje zetknięcie z obecną oświatą, całkiem nieźle przeoraną przez kolejne genialne pomysły reformatorów, a dokładniej wprowadzaczy pomysłów, za skutkowało dzisiejszym stwierdzeniem, że moje dziecko właśnie bawi się w politykę, czyli lepi bałwana.

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Życie to nie bajka

I może i to lepiej…

No bo wyobraźcie sobie, jedziecie do pracy a tutaj jakiś głodny smok wyłazi na drogę. Co za korki! No a jeśli jesteście rodzicem 14-15 letniej dziewoi i smok odmawia jej zjedzenia, to nie wiadomo czy się cieszyć (wszakże wasze dziecię ocalało) czy martwić (no bo czemu jej nie rusza, skoro jada tylko dziewice). No i podstawowe pytanie, kim byście byli. Nie każdy może być przystojnym księciem, piękna księżniczką, czy też wredną czarownicą. Ktoś musi być złą siostrą kończącą bez pięty, wilkiem z rozprutym brzuchem, albo wieśniakiem pokazującym drogę kolejnym karetom (to musi być mega męczące, ciągle tak machać łapą). O nie, ja tam bajki nie chcę.

A trochę bardziej na serio. Nasze życie nie przypomina słodkich i lukrowanych bajeczek z Barbie w roli głównej, tak naprawdę nie przypomina także bajek dla dorosłych emitowanych w małych pudełkach zwanych telewizorami. Nasze życie ma mniej zwrotów akcji w ciągu 90 minut, nie trzyma się scenariuszy, zaskakuje bardziej, bo z bliska. Tutaj o związki trzeba dbać, miłość nie rośnie na drzewach, a białe często okazuje się zaledwie szare.

I co się dzieje gdy bajka się skończy? Żyli długo i szczęśliwie to mało dokładna wizja przyszłości. W tych słowach czai się jakiś urok, słodycz i pustka. Bo co znaczy długo? Dla chomika długo to 4 lata, dla psa 20, dla zdrowego człowieka 90 lat. Dla kogoś komu dawano 2 lata życia 4 lata to wiele, dla dziecka mającego 5 lat 10 lat to wieczność. A szczęśliwie? Szczęście jest jak narkotyk, jeśli masz go ciągle pod dostatkiem, to potrzebujesz coraz więcej by być na haju, jeśli nie poprzetykasz go chwilami zwątpienia, bólu, rozczarowania i smutku, to ono nie wystarczy. Ktoś kto na co dzień ma dostęp do dużej ilości jedzenia, nie doceni kromki chleba. No i te górki i dołki nadają sens życiu, one są jego składową. Bez nich byłoby nie tylko nudno, bez nich nie warto byłoby żyć.

Przyjacielu, pamiętaj, bajki są fajne do czytania, oglądania, a w życiu… Zawsze coś się zepsuje, coś ktoś sknoci, i tak jest ok, bo można wtedy to naprawić, albo i nie, a wtedy należy iść dalej, pamiętając, ale nie żyjąc tamtym. A teraz? Teraz jesteś w tym miejscu i staraj się cieszyć tym co Cię otacza, odnajdź drobiazgi, sekundy, dla których warto wstrzymać oddech z zachwytu, takie małe ogniska energii, z których możesz zaczerpnąć siłę. I pamiętaj, głównym powodem, dla którego warto, jesteś Ty, zawsze Ty, bo bez Ciebie nie ma Twojego świata.

Rn

Opublikowano Rn | Skomentuj

Mamo, nudzę się

Moje dzieci uczą się tego zwrotu niepokojąco szybko. A potem już idzie lawinowo, nudzę się, nudzę się i nudzę się. Nie, żebym sama taka nie była, ale moja ambicja na stwierdzenie mamy, że „inteligentni ludzie się nie nudzą” kazała mi się zamknąć i cierpieć w milczeniu. Moje potomstwo albo nie ma ambicji, albo jest na ten numer za cwane i nic sobie z niego nie robi. Powiem więcej, starszak na takie postawienie sprawy zwrócił się do mnie słowami: „W takim razie nie jestem inteligentny, nadal się nudzę.”. I zrób coś z takim potworem. Młodszy dotychczas nierozwinięty werbalnie, dzięki czemu omijały mnie jego wyrzutu (spróbujcie pokazać gestem, że się nudzicie), zaczął gadać i zaraz po opanowaniu dzięki, proszę, chcę i nie lubię starszego dołączył te okropne NUDZĘ.

I co ja mam na to poradzić. W nudzeniu się są wytrwali, na proponowane zajęcia odpowiadają niechęcią i dalszym nudzeniem. Oczywiście, są rzeczy, które odegnają nudę, zaliczają się do nich wszystkie nieosiągalne w danym momencie (sanki gdy brak śniegu), lub wymagające oderwania rodzica od zajęć. No i najważniejsze, nie są to te proponowane przez mamę lub tatę.

Mały poradnik dla chcących nudzić się.

Nudzeniem się można osiągnąć wiele, wykończony opiekun traci zmysł samozachowawczy a jego uwaga jest rozproszona, dzięki czemu łatwiej przemycić własne pomysły, takie jak pomalowanie ściany, zamkniecie brata w wersalce, czy utworzenie tatuażu za pomocą markera na przedramieniu. Oczywiście im więcej osób nudzących się, tym łatwiej i, bądźmy szczerzy, zabawniej. Nie można jednak przesadzić. Rodzic, jak każdy dorosły, musi mieć poczucie zwycięstwa, dlatego należy na jakiś czas przestać się nudzić i zająć proponowaną aktywnością. Najlepiej nudzenie dozować stopniowo, zadowalając się początkowo drobnymi zwycięstwami. Po pewnym czasie można wzmocnić nacisk, dokładając do ataku słownego zbolałą minę, westchnięcia i przewracanie oczyma. Nie można także zaprzestać obserwacji osoby na którą wywiera się presję, zaczerwienione uszy i wydobywająca się z nich para powinny wywołać w nas chęć szybkiego odwrotu. W takim wypadku można nagle zainteresować się myciem rąk, oglądaniem ściany, bądź też układaniem wzorów z pozostałości obiadu.

Poradnik dla atakowanych nudzeniem się.

Nie mam rad, musicie to przetrwać. Za parę lat to się skończy i będziecie za tym tęsknić (podobno). Przynajmniej się nie nudzicie…

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , , , , | Skomentuj

Moje lewe kolano, prawy nadgarstek, obie stopy oraz środkowy palec lewej dłoni.

Pogoda się zmienia” stwierdził organizm i przekazał informację dalej. Najpierw dotarła ona do kolana, które natychmiast wdrożyło plan pykania połączonego z bólem i trudnością w prostowaniu. Zadowolone zawiadomiło stopy. One miłosiernie postanowiły odmawiać posłuszeństwa jedynie po dłuższym zastoju, za to równomiernie rozłożyły dolegliwości na całą swoją powierzchnię. Prawemu nadgarstkowi nie spodobała się wiadomość i ogłosił strajk polegający na ograniczeniu swojego działania, a jakiekolwiek próby nagięcia jego woli kończyły się cierpieniem. Środkowy palec postanowił użyć siebie do wyrażenia zdania w tej kwestii i unieruchomił się wyprostowany. Można było go nagiąć do swojej woli, ale okraszone było to bólem i dziwnym zachowaniem. Pozostałe stawy olały sytuację, najwyżej delikatnie zaznaczając od czasu do czasu swoją obecność. Wyjątkiem była prawa kostka, której niezwykle rozbuchane ego nie pozwoliło mieszać się z tłumem i spowodowało, że nadymała się. Stękania i przekleństwa wdrożyłam całkiem świadomie sama i postanowiłam walczyć z nimi za pomocą tabletki rozwalającej wątrobę. Stawy musiały ulec jej mocy, przynajmniej w większej części, choć kolano nadal złośliwie nadal pykało, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Całkiem zadowolone z tego dołożyło nie trzymanie ciężaru mojego ciała i zmusiło do zasiądnięcia. Stawy żuchwowe niewinnie zainteresowały się zmianami ciśnienia, przypominając, że są gotowe do ataku w każdym momencie. W niewybrednych słowach powiedziałam co o nich myślę i zajęłam się swoimi sprawami. Kolejny dzień z RZS.

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , , | 2 komentarzy

Święta, Święta i po Świętach

Jest taki czas, gdy ludzie dostają białej gorączki, wpadają na przemian w stan depresji i radosnego podniecenia, wszelkie diety diabli biorą, a na koniec można zalec w łóżku z westchnięciem ulgi. Pod hasłem ludzie mam na myśli siebie. O dziwo, myśl przewodnia „jak ja nienawidzę świąt” przewinęła się zaledwie kilkakrotnie w mojej głowie, a chęć zakopania się w ogródku w celu przetrwania jakoś nie nawiedziła mnie. No owszem, chciałam wleźć na drzewo i nie ruszać się z niego do Nowego Roku, ale moje możliwości fizyczne są zbyt ograniczone. Za to w pewnym momencie włączyłam stan olejwnictwa i co będzie to będzie. Bo jak ma się w domu chorego samca, chorą Umlautową oraz chore potomstwo, to nie wiele można.

Maraton zaczęło której dziecko, padło chore, po czym drugie przyniosło coś nowego i tak zgodnie zaczęli wymianę, wręcz było słychać podświadome „o co Ty masz? Ból głowy i katar? Fajnie, ja mam wykasływanie płuc z gorączką i majaczeniem, chcesz spróbować?”. No a jak małe chore, to tata nie będzie gorszy, powiedziałabym nawet, że duży może więcej. Zaległ mi chłop w pokoju gościnnym i na jakąkolwiek pomoc nie mogłam liczyć. A Umlautowa chyba pozazdrościła, bo zaraz potem kaszel zaczął dobiegać z jej pokoju. O dziwo, mimo leków zmniejszających odporność, mnie potraktowało delikatnie. I tylko zerkałam na Śmierdziela, czy przypadkiem i on się nie rozłoży. No ale on miał w głowie tylko sukę sąsiadów, która miała cieczkę, więc nie przyłączył się do wymiany doświadczeń chorobowych.

I w takich pięknych okolicznościach powiedziałam stanowcze nie konkretnym przygotowaniom. Zakupy tylko przez internet. Sprzątanie? Wszystko na kupę i przykryć czym się da, niech będzie, że to symbolizuje hałdę śniegu, albo czego tak się chce. Choinka, no tutaj trzeba jednak Samca Dominującego wysłać, ale potem potomstwu zleca się jej ubranie, co daje całkiem porządne wyobrażenie chaosu, ozdób świątecznych i gałązek z igiełkami. I dzięki Ci Panie za rodziców, którzy wspomogli, dzięki czemu wigilia odbyła się w sprzątniętym mieszkaniu (ich) i miała wymaganą ilość potraw.

No i prezenty. Im jestem starsza, tym bardziej stają się zbędne. Oczywiście lubię je dawać, oj aż za bardzo, tylko wolałabym wcześniej wygrać jakąś większą ilość gotówki, żeby nie musieć już tak strasznie kombinować. Dumna jestem za to z potomstwa, które dzielnie pomagało Mikołajowi malując magnesy dla taty i dziadka, a potem dostarczając część z nich pod choinkę u cioci. Bo my co roku mamy dwie wigilie, jedną u siostry Samca, wraz z całą rodziną od jego strony, oraz późniejszą z moimi rodzicami. Oznacza to zazwyczaj zawalenie potworów masą prezentów, aż sami się gubią co, jak i kiedy.

No, mamy spokój na 12 miesięcy.

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano | Skomentuj

Wesołych Świąt

Życzę Wam spokojnych i w rodzinnej atmosferze, oraz przepełnionych błogim lenistwem, Świąt Bożego Narodzenia. Nie przejedzcie się, a jeśli nie macie siły odmówić sobie kolejnej porcji pyszności, to drogie panie pamiętajcie, w ten wyjątkowy czas zdecydowanie powinno to iść w cycki. Niech wasze zwierzęta nie uznają choinki za prezent w postaci domowego drzewka do oznaczania, a potomstwo odznaczy się wyjątkowo anielskimi cechami.

Wasza

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , | Skomentuj

Taki sobie wpis bez rozsądnego tytułu

Pisałam ostatnio do fobii, więc mój umysł w jej imieniu odpowiedział. Że ja nie rozumiem, że ona i moje RZS sie uzupełniają, bo teraz jestem niestabilna nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. No a związki monogamiczne są już nie modne, teraz w modzie jest życie w trójkę, lub i wiecej, więc nie powinnam marudzić. Do tego mam dziś dzień napadu głodu i chętnie bym pożarła połowę jedzenia w domu, na co moja fobia wrzeszczy pełnym głosem, bym przestała, bo się roztyje jeszcze bardziej i co ona biedna zrobi, gdy przyczyną mego unieruchomienia w domu nie będa lęki, lecz niemożność przepchnięcia się przez drzwi?

A tak poza tym, to chora jestem, właściwie podły wirus zaatakował nas wszystkich i teraz smarkamy i charczymy. Możemy robić za broń biologiczną. Pewnie dlatego tak nieskładnie piszę… Zakupiłam dzisiaj laskę, teraz wisi sobie dumnie na szafce kuchennej i łypie na mnie. Nie jest mi niezbędna na co dzień, ale są takie dni, że lepiej ją mieć. Zwłaszcza gdy samca dominującego brak w pobliżu.

No właśnie, samiec dominujący. Stara się nie marudzić i nie umierać za głośno, taki dzielny jest, a mnie skręca, bo własnie teraz nie musi. Rozłożył się porządnie i marudzenie, ciamkanie i fochy wliczam w stan chorobowy, a ten z miną królika, któremu ukradli marchewkę, udaje, że jest ok. Wprawdzie na brak chorego faceta nie mogę narzekać, starszy syn nadrabia, ale wolałabym, żeby nie bagatelizował swojego stanu. No a starszy marudzi, cierpi i budzi mnie w nocy, bo mu papier toaletowy ginie. Istna drama queen z niego, teatralnym gestem wyciera nos, wzdycha i roni łzę. A ja usiłuje się nie śmiać, żeby dziecku przykrości nie zrobić. Już współczuję mojej przyszłej synowej.

Wzięcie to moje dziecko ma niezłe, dziewczynki go lubią, a on doskonale wie jak je podejść. Skąd mu się to wzięło, nie mam pojęcia, raczej nie po rodzicach. Po nas to ona ma ośli upór i lenistwo, no i niech mu będzie, urok po mamusi. Właściwie to mi się dzieci podzieliły na kocie dziecko i psie dziecko. Kocie ma swoje ścieżki, ale uwielbia być królem świata, nieco dzikie, przytula się gdy chce. A psie z kolan by nie złaziło, biegałoby radośnie za piłeczką i wiernie patrzyło się w oczy. Dwa małe czorty.

Życie ma w nosie nasze pomysły i tak robi po swojemu. Ale źle na tym, nie wychodzę. Mam fajna rodzinę, dom. Nawet choroba przyszła w nie najgorszym momencie, na tyle późno, żebym zdążyła urodzić i nieco odchować dzieci, na tyle wcześnie bym miała siły funkcjonować z nią. Bo właściwie jak inaczej to nazwać? Walką? Gdzie tu walka i z kim, walkę można wygrać, można przegrać, a ja i ona już razem do śmierci, co najwyżej ona w uśpieniu. Nawet trudno rozdzielić nas, zrobić z tego Rn i RZS, jest Rn z RZS, jedna babka z dokuczającymi stawami, łatwo mecząca się i utykająca nieco. Taka moja kolejna cecha, niezbyt pożądana, nieaprobowana, niechciana, nabyta, ale to nie kolczyki, które można zdjąć. Ot, pojawiła się, trzeba zaakceptować fakt, wprowadziła nieco dramatyzmu, ale i komizmu, utrudnia jak może, lecz jest tylko małym elementem składowym całości. I tyle. A teraz trzeba w to wierzyć gdy przyjdzie gorszy dzień.

Wasza smarkajaca

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , , , , | Skomentuj

Wyszłam z domu

Rn ruszyła się, wybrała się na wycieczkę do stolicy, pojechała komunikacją podmiejską. Nie, nie sama, na takie cuda to nie liczmy, zaciągnęła ze sobą Umlautowe O, przecież sama by zginęła, padła i rozpłakała się. No dobra, dość już pisania o sobie w trzeciej osobie, dobrze, że liczby pierwszej, bo jakbym zaczęła mówić o sobie „My” to chyba czas byłby poważniej interweniować u mojej psychiatry.

Zaczynając od początku, wybrałam się do kina, na przedstawienie Frankenstein. Jak tylko dowiedziałam się, że jest szansa zobaczyć je w mojej okolicy to zaparłam się zadnimi kopytami, że muszę i już. A jak ja się zaprę to niewiele jest mnie w stanie powstrzymać. Niestety, aby je obejrzeć, musiałam udać się do siedliska zła, czyli nagromadzenia ludzi, zwanego Złotymi Tarasami. No, niech będzie, miejsce nawet fajne, mogłabym sobie tam połazić, tylko trzeba by wyeliminować nieco ludzi, tak z 99%. A poza tym miło, czysto, tak bezwyrazowo nieco. No ale przeżyłam, tak, udało mi się, przetrwałam kolejne spotkanie z cywilizacją, z rzeczywistymi ludźmi, oddychającymi tym samym powietrzem, patrzącymi na mnie i nawet myślącymi (w większości). No i w czym problem? Ani ja interesująca, ani powabna, ani specjalnie szkaradna, żeby ktoś zechciał poświecić mi nieco uwagi, ot taka gruba, niska i kulawa baba. Pełno takich wokoło, no może tych kulawych mniej, ale jednak. Więc po co się stresuję? Głupota. Ja Ci fobio tłumaczę, jak chłop durnej krowie na miedzy, że przyczepiłaś się do nieodpowiedniej osoby. Znajdź sobie kogoś bardziej wyrazistego. O, i najlepiej kogoś kto ma dla Ciebie czas, albo bądź tak miła i poczekaj aż stanę się mega niemobilna, bo wtedy siedząc w domu będę miała dla Ciebie więcej czasu. Poza tym, ja jestem już zajęta, mam RZS, a to że byłaś pierwsza niczego nie zmienia, ja Ci niczego nie obiecywałam, dłuższe związki się rozpadają, a twoje zachowanie podpada już pod stalking i jest zagrożone karą pozbawienia wolności do lat 3! Na co ja liczę, że mnie posłucha? Z nią trzeba ostro, wywalić i już. Hahaha, jakieś inne dobre rady/

A może należy się przyzwyczaić, że Rn to zwierze nie społeczne. Tylko, że ja tak nie chcę!

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , , , | Skomentuj

Znów o rodzicielstwie

Być rodzicem, dla jednych brzmi dumnie, dla innych przerażająco, a dla mnie… męcząco-uszczęśliwiajaco. Bo bycie rodzicem jest bardzo męczące. Nie wyśpisz się, nie licz na to, wykonujesz mnóstwo prac fizycznych, które nierodzicom są oszczędzone, nie dość że ćwiczysz swoje mięśnie to i mózg wysilasz. Musisz bowiem wyjaśnić, znaleźć odpowiedzi na naprawdę dziwne pytania, oraz wytłumaczyć w jasny i przejrzysty sposób dlaczego czegoś nie można, a czemu coś innego warto zrobić, mimo iż jest to mało fajne. Gdy nie masz dzieci nikt nie obudzi Cię o 3 w nocy stwierdzając, że mu niedobrze, po czym po 30 minutach zmieni zdanie.

Do oklepanych już rodzicielskich męczarni doszła u nas w domu nowa – konieczność pobudki przed 7 i przygotowania się do szkoły. i oto nasze starsze dziecię, które nałogowo budziło sie o 6;30 w dni gdy mieliśmy wolne, zaczęło mieć z tym trudności. Czasem udaje się je zwlec z łóżka z niewielkim marudzeniem, częściej z awanturą, płaczem i stwierdzeniem, że szkoła jest głupia i on nie musi tam chodzić. Potem już tylko ubrać obydwóch (oczywiście mamusia uparcie wierzy w samodzielność i usiłuje wymóc by dzieci same się ubierały) i zagonić do samochodu. I przez jedną godzinę moja krtań odrabia robotę za trzy dni. Na śniadanie zawsze jest nie to co powinno, na 2 też, do tego szkoła jest głupia, ale wg młodszego przedszkole nie. A ja tak sobie myślę ‚za co?” i dochodzi do mnie, że jest za co; w moich wspomnieniach jawią się rajstopki z kaloryfera zakładane na siłę i odgłos mego marudzenia ukrócanego przez tatę. Dziś zapowiedziałam synowi, że życzę mu co najmniej dwójki dzieci, żeby pomściły moje męki. Uznał to za świetny pomysł i stwierdził, że będzie ich tak jak ja woził do szkoły. Znaczy się pomsta dwustronna?

Rodzicielstwo nauczyło mnie także, że są słowa magiczne i nie mam na myśli proszę, przepraszam i dziękuję. Chodzi raczej o takie jak sprzątać, praca domowa i obowiązek. Jeśli chcę wywołać fale protestów, usłyszeć donośne ‚nie chcę”, lub „ja nie”, oraz spowodować odwrót dziecka z placu boju, wystarczy wspomnieć o sprzątaniu. działa niezawodnie, można polegać jak na szwajcarskim zegarku. I rób człowieku co chcesz, bez awantury się nie obejdzie i nawet nie chodzi o to, że nie znam innych sposobów, zwyczajnie dziecko nie zacznie sprzątać bez tego wybuchowego początku.

I są takie cudne momenty, gdy chciałoby się wziąć potwora, zapakować w paczkę i wysłać do dalszej rodziny na dwa tygodnie, albo chociaż na weekend i wtedy ten potwór dostaje aureolki – nie wiem ki czort, instynkt przetrwania, czy co – robi się kochany i milusi. Nagle słyszy co się do niego mówi, przytula się, przynosi talerz po posiłku, żeby mamusia się nie męczyła, przytula, daje całusa, tłumaczy jakiego robota zbuduje jak dorośnie i co będzie on robił za mamusię, żeby ona się nie męczyła. Wylewa na człowieka same pozytywne emocje, wywołuje uśmiech i piknięcie w sercu, ba, nawet dumę. I te wszystkie chwile kiedy miało się go dość gdzieś znikają. No i to poczucie swojej wartości, wyniesione na wyżyny,  bo może i ty „możesz być bohaterem w swoim domu”, ale bez urazy, ja mam coś lepszego, ja jestem mamą!

Rn

Opublikowano Rn | Otagowano , , , , , | Skomentuj